niedziela, 27 lipca 2014

II ROZDZIAŁ

           Więc o to kolejny rozdział mojego autyzmu. Wyszedł mi taki długi, że musiałam podzielić go na pół dzięki czemu jest o jeden rozdział więcej. I tak wydaję mi się, że piszę te rozdziały za długie. No ale nic, tak już mam. Z góry przepraszam za wszelkie błędy językowe, ortograficzne i ewentualnie gramatyczne jeżeli się takowe zdarzą chociaż mam nadzieję, że nie będzie ich za dużo. Zanim coś opublikuje staram się sprawdzać to po kilka razy więc praktycznie znam te rozdziały na pamięć. Oczywiście, jeżeli coś wyłapiecie, piszcie :) 
Jakakolwiek opinia mile widziana. Bez zbędnego przedłużania, zapraszam do czytania tego dziwnego tworu. 

               - Wstawaj! – usłyszałem tuż przy moim uchu. O mało nie dostałem zawału. Zerwałem się nagle zaplątując przy tym w kołdrę pod którą leżałem i zwaliłem się na podłogę obok łóżka, w którym jeszcze parę chwil temu spałem w najlepsze. Poczułem ból w plecach, na które boleśnie upadłem.
            - Cholera – mruknąłem, rozmasowując krzyże. Usłyszałem na de mną śmiech mojej matki. Spojrzałem na nią z wyrzutem.
            - Własna matka mnie tak traktuje – powiedziałem niezadowolony. Najchętniej poszedłbym znowu spać. Żeby się wybudzić potrzebuję najczęściej kilku minut, dlatego też często spóźniam się do szkoły. Nienawidziłem kiedy budzono mnie w taki sposób. Nagle, bez żadnego ostrzeżenia. Podniosłem się i ziewnąłem.
            - Jest sobota. Dlaczego budzisz mnie w środku nocy? – zapytałem sennie.
            - Środek nocy? – powiedziała z ironią. – Mój drogi, jest trzynasta.
            Spojrzałem na zegarek stojący na nocnej szafce. Faktycznie, dochodziła już pierwsza po południu ale to nic nie znaczy ponieważ w weekend potrafię spać nawet do piętnastej. Cóż,  po prostu nie śpię po nocach i kładę się spać dopiero nad ranem. Lubię nocny tryb i gdybym mógł całe życie podporządkowałbym nocy.
            - To nie jest powód żeby mnie budzić – burknąłem.
            - Nie. To nie jest powód ale dzisiaj mamy z ojcem rocznicę pamiętasz? – powiedziała wesoło. No tak. Muszę się zwijać bo rodzice chcą zostać sami i żadne moje protesty nic mi nie dadzą. W sumie nawet nie wiem czy chciałbym zostać. Kto wie co zamierzają robić i nie jestem pewien czy chciałbym przy tym być. Na samą myśl przeszedł mnie dreszcz zniesmaczenia.
            - Więc masz jakieś plany na dzisiaj czy mam dzwonić do babci?
             - Nie ma takiej potrzeby – mruknąłem i rozejrzałem się po pokoju w poszukiwaniu telefonu. Muszę zadzwonić do Marca. On jest moją jedyną nadzieją.
            - No dobrze. To szykuj się i za godzinę ma cię tu nie być – powiedziała słodko i puściła mi oczko poczym wyszła z pokoju zamykając za sobą drzwi.
            Wziąłem komórkę i wybrałem numer przyjaciela, który znałem na pamięć. Odczekałem chwilę poczym usłyszałem znajomy głos.
            - Cześć Frank – powiedział wesoło. – Co tam?
            - Hej Marc. Sprawę mam – zacząłem.
            - No?
            - Więc moi staruszkowie mają dzisiaj rocznicę i chcą się mnie pozbyć więc muszę się gdzieś przekimać. Jest możliwość żebym do ciebie przyszedł?
            - No jasne tylko ja idę dzisiaj na imprezę więc jeżeli chcesz możesz iść ze mną.
            Bosko. Zamiast wizyty u babci mogę iść na imprezę z Marciem. Upiekło mi się.
            - To jeszcze lepiej. Jasne, że chcę – powiedziałem ucieszony z całego obrotu sytuacji.
            - No to wbijaj do mnie. Impreza zaczyna się gdzieś o dziewiętnastej.
            - Ok. Będę niedługo – rzuciłem jeszcze i się rozłączyłem. Szykuję się całkiem miły wieczór.


             Tak jak chciała matka o czternastej już nie było mnie w domu. Szedłem wesoły do domu Marca skąd mieliśmy się udać na imprezę. Nawet nie wiem gdzie ona jest i kto ją urządza ale mało mnie to interesowało. Maszerowałem wesoło przez park ubrany w czarne, dopasowane spodnie,  koszulkę tego samego koloru z zespołem Nirvana oraz również czarne trampki. Może nie typowo imprezowy ubiór ale mi się podobał a to chyba najważniejsze. Starałem się skupić myśli na planowanym wieczorze jednak pewna osoba a raczej osoby w mojej głowie skutecznie mi to utrudniały. Mianowicie Alice i jej cholernie intrygujący i przerażający za razem chłopak. Wciąż siedzieli mi w głowie i chociaż obiecałem sobie, że nie będę już o nich myśleć to wciąż mimochodem wracałem myślami do wydarzenia w cukierni. Podobała mi się Alice i to bardzo ale na przeszkodzie stał nam Gerard. Nie chciałbym mu się narażać, oj nie. Nie jest ani napakowany, ani jakiś wielki. Nie ma groźnych rys twarzy ale mimo wszystko ma w sobie coś co sprawia, że panikuję. Dziwny, niczym nie uzasadniony strach. Ech, śnią mi się po nocach (a właściwie po jednej nocy) te dwie twarze. Musze zapomnieć o Alice, nie ma innego wyjścia ale ona tak cholernie mi się podoba. Chciałbym mieć taką dziewczynę. Nigdy nie miałem kogoś tak na poważnie. Moje związki były niedojrzałe i trwały najdłużej kilka tygodni. A ja od pewnego czasu chciałem związać się z kimś na dłużej, na poważnie. Chciałem mieć dziewczynę do kochania a nie do zabawy. Chciałem spędzać z nią wieczory, chodzić na długie spacery, przytulać się i całować. Kiedy podeszła do mnie Alice nagle w moim sercu zrodziła się mała nadzieja, że to wszystko przestanie być tylko durnym marzeniem. Niestety już w samym zarodku zgniótł ją Gerard.
            Z zamyślenia wyrwał mnie mój własny telefon. Wyciągnąłem komórkę z kieszeni i odebrałem połączenie tym samym uciszając Amy Lee śpiewającą utwór „Tourniquet”, który miałem ustawiony jako dzwonek.
            - Halo? – rzuciłem nawet nie patrząc kto do mnie dzwonił.
            - No hej, gdzie jesteś? – zapytał Marc.
            Rozejrzałem się wokół siebie. Byłem tak zamyślony, że nawet nie wiem jak doszedłem do ulicy na której mieszkał chłopak. Drogę znałem bardzo dobrze więc nogi automatycznie, same mnie tu przyprowadziły.
            - Pod twoim domem.
            -Jak to? Już? – usłyszałem a następnie w oknie, któremu się przyglądałem pojawił się Marc. Uśmiechnął się i pomachał do mnie. Ja zrobiłem to samo. Po chwili drzwi jego domu się otworzyły a on sam wykonał ręką gest zapraszający do środka.
            - Co tam? – zapytał kiedy wszedłem.
            - A nic ciekawego – odpowiedziałem mimo iż ostatnio wydarzyło się jednak coś o czym mógłbym mu opowiedzieć. Ale czy to dobry pomysł? Nie wiem czy chcę rozmawiać z nim na ten temat. W końcu kto zwierza się swojemu kumplowi z problemów sercowych. Jeszcze by mnie wziął za jakiegoś nieudolnego romantyka, który przesiaduje wieczory na jedzeniu lodów i oglądaniu romansideł.
            - Kto właściwie wyprawia tę imprezę? – zapytałem.
            - A wiesz, że nie wiem – zaśmiał się. – Chyba jakaś laska. Dopiero się wprowadziła czy coś. Nie znam jej kompletnie ale skoro zaprasza wszystkich to czemu nie skorzystać z okazji. Dziewczyna chyba chce zrobić jak najlepsze pierwsze wrażenie.
            - Nieźle kombinuje – przyznałem.
            - Ty tak idziesz? – zapytał mnie Marc poczym zlustrował całego od stóp do głów. – Nie zbyt wyjściowy strój.
            - Zawsze się tak ubieram – mruknąłem. Wiedziałem, że się o to przyczepi. Ja nie jestem z tych, którzy szykują się godzinami, nakładają tonę żelu na włosy, ubierają debilne ciuchy w kolorach które do siebie nie pasują. Wyglądają jak pajace. Jeżeli się upiją to nawet z zachowania im blisko.
            - Ehh, no wiem, wiem. Mógłbyś czasem odpuścić ten czarny. Wyglądasz jak wieczny żałobnik – zaśmiał się.
            - I dobrze – zawtórowałem mu. – O to mi chodzi.
            - Niezły z ciebie dziwak – pokręcił z ironią głową.
            - Wiem i dobrze mi z tym – wyszczerzyłem się. – Cholernie dobrze.



            - Jesteś nieobecny – usłyszałem jakby z dala, głos Marca.
            - Co? – spojrzałem na niego.
            - Słuchasz co do Ciebie mówię? – przyjrzał mi się. – Nad czym myślisz?
            - Eee, nad niczym szczególnym – bąknąłem.
            - No przecież widzę. Znam cię już parę lat – przekręcił głowę a ja zastanawiałem się czy mu może jednak powiedzieć. W końcu to mój przyjaciel,
powinien zrozumieć. Może mi jakoś pomoże.
            - Powiesz mi o co chodzi? – naciskał.
            - Ehh, no dobrze – westchnąłem zrezygnowany. – Chodzi o pewną dziewczynę…
            Na twarzy Marca pojawił się uśmiech. Nie wiem czy do końca szczery. No ale cóż, jak się powiedziało A to trzeba powiedzieć B. Nie wiem jak to skomentuje. Nie zawsze otwieram się przed ludźmi. Najczęściej zostaję sam z moimi problemami. Nie lubię się zwierzać  i otrzymywać rad z których i tak najprawdopodobniej nie skorzystam. Moje sprawy załatwiam sam. Zawsze sobie radzę ale Alice i Gerard siedzący w mojej głowie nie dawali mi spokoju. Może to właśnie jedna z takich sytuacji kiedy nie dam sobie rady sam. Szczegółowo opowiedziałem Marcowi to co wydarzyło się w kawiarni oraz moje odczucia do tej dziewczyny oraz jego chłopaka. Jego reakcja była taka jak się spodziewałem. Zaśmiał się…
            - Daj sobie z nią spokój i tyle – powiedział. – Chyba nie chcesz zarobić w twarz od jej chłopaka?
            - Nie! On mnie przeraża – odpowiedziałem szybko.
            - Niezły z niego kark w takim razie – zastanowił się Marc. Cóż, chyba nie chcę go wyprowadzać z błędu. Niech myśli, że Gerard to napakowany mięśniak. Jak będę wyglądać w jego oczach jeżeli powiem mu, że paniczny lęk wywołuje u mnie człowiek, który wygląda jak wyciągnięty z trumny.
            - No ale ta dziewczyna, tak mi się podoba – jęknąłem.
            - A tam. Przecież pełno jest dziewczyn na świecie. Nie ona to inna – wzruszył ramionami i spojrzał na moją zbolałą minę. – Przecież nawet się w niej nie zakochałeś. Widziałeś ja zaledwie kilka minut.
            Marc ma chyba rację. Nie wiem co mi odbija. Nie poznaję siebie. Nie łatwo zawiązuję znajomości ale Alice zawróciła mi w głowie i mimo, że rozmawiałem z nią kilka minut czułem, że chciałbym zobaczyć ją jeszcze raz. Faktycznie, nie mogłem się zakochać ale dziewczyna wydała się taka sympatyczna. Chciałem spędzać z nią czas, poznać bliżej, może cos by  z tego wyszło. Ale nic z tego. Ona ma chłopaka, którego boję się jak ognia. To chyba jedyny i całkowicie wystarczający argument.
            - Wiesz, że przychodzi do nas nowa laska – zapytał.
            - No tak – faktycznie, jakaś nowa ma dojść do naszej klasy. Nie myślałem o tym bo wydawało mi się to bez znaczenia. – I co z tego?
            - Może ona mogłaby cię jakoś… - uśmiechnął się uroczo. – …pocieszyć.
            - Znając moje szczęście, będzie miała chłopaka – zaśmiałem się ponuro. Marc myśli, że teraz polecę na byle jaką pannę. Może to i dobry pomysł ale nie będę w stanie nic zrobić póki nie wybiję sobie z głowy Alice. Muszę to zrobić. Raz na zawsze.


            Staliśmy razem z Marciem przed dwupiętrowym domem w którym wyraźnie słychać było imprezę. Muzyka dudniła tak, że ziemia pod moimi stopami wibrowała. Przez okna widać było tańczących ludzi. Spojrzałem na mojego kumpla. Szczerzył się od ucha do ucha. Widać śpieszyło mu się na balety ponieważ chwycił mnie za nadgarstek i energicznie zaczął ciągnąć w stronę drzwi.
            - Ała, wyrwiesz mi rękę – mruknąłem niezadowolony.
            - Nie zrzędź – zaśmiał się i wciągnął mnie do środka. Poczułem od razu znajomy zapach alkoholu, którym wręcz emanowało pomieszczenie. Tłumy ludzi wylewały się z różnych pokoi. Pchali się i przepychali. Zacząłem się powoli zastanawiać co ja tu robię. Owszem lubiłem czasem wyjść na jakąś domówkę ale nie na taką. Nie lubię takiego towarzystwa. W ogóle nie znam tych ludzi. Odwróciłem się do Marca ale jego już nie było. Rozejrzałem się dookoła. Zniknął. Pewnie poszedł balować i mnie zostawił. Mogłem się tego spodziewać. On chyba od początku nie bardzo chciał tu ze mną przyjść. Wie, że nie jestem duszą towarzystwa. No nic, i tak nie mam co za sobą zrobić a może przynajmniej da mi to jakoś zapomnieć o Alice. Może przestanę o niej myśleć chociaż przez chwilę. Podążyłem w stronę salonu w poszukiwaniu jakiegoś alkoholu. Bądź co bądź ale to alkohol najlepiej nadaje się na takie chwile. Z resztą jestem na domówce więc to logiczne, że nie wyjdę stąd trzeźwy. Minąłem jakąś namiętnie liżącą się parę po czym skierowałem się w stronę stolika. Ku mojemu rozczarowaniu butelki zostały całkowicie opróżnione. No ładnie. Impreza się dopiero rozkręca a już nie ma wódki. Podszedłem do jakiegoś chłopaka. Widać, że był już nieźle wstawiony, ledwo trzymał się na nogach.
            - Wiesz gdzie znajdę jakiś alkohol? – zapytałem go. Popatrzył na mnie mętnym wzrokiem i się zamyślił. Chyba przetwarzał moje słowa. Po chwili jednak na jego skupionej twarzy pojawił się przebłysk olśnienia.
            - Chyba w kuchni – wybełkotał po czym jak długi runął na kanapę. Miał szczęście, że tam stała inaczej miałby nieprzyjemny kontakt z ziemią. Zaśmiałem się pod nosem. Nawet gdybym starał się udawać miłego, ten widok po prostu był przezabawny i nie tylko ja tak uważałem ponieważ usłyszałem za mną śmiechy innych imprezowiczów. Ruszyłem na poszukiwanie kuchni. Nie było trudno ją znaleźć. Była na parterze i ku mojemu zaskoczeniu było to pewnie najcichsze miejsce w domu. Bez problemu znalazłem tam zgrzewkę piw, która stała na kuchennym blacie i tylko czekała aż ktoś po nią sięgnie. Wyciągnąłem jedno piwo i nawet nie patrząc na markę, upiłem z gwintu kilka sporych łyków. Rozejrzałem się jeszcze po kuchni w poszukiwaniu czegoś mocniejszego. Co jak co ale głowę mam mocną, przekonałem się już o tym parę razy kiedy to moi znajomi dawno zalani w trupa leżeli nieprzytomni na podłodze a ja siedziałem i patrzyłem na nich próbując dociec czemu wciąż jestem trzeźwy. Jedno piwo to stanowczo za mało, żebym się upij. Ba, nawet cała zgrzewka może nie starczyć. Na moje nieszczęście nic nie mogłem znaleźć. Grzebałem nawet po kuchennych szafkach, zachowując się wyjątkowo nietaktownie. Uwzględniłem jednak, że ludzie na tej domówce robią większy burdel. Kto by się przejmował, tym że grzebie sobie w szafkach. Oparłem się zrezygnowany o stół. Może gdybym znalazł właścicielkę domu, znalazłbym też alkohol. Może ma porobione jakieś zapasy albo coś. Dokańczałem właśnie drugie piwo kiedy do kuchni wleciała jakaś dziewczyna. Podparła się rękami o blat. Pewnie gdyby tego nie zrobiła wyrżnęłaby się jak długa. Podniosła głowę i odgarnęła swoje długie, blond włosy. Swoje zamglone spojrzenie wbiła w mnie. Próbowałem sobie przypomnieć czy widziałem kiedyś tę pannę ale po chwili doszło do mnie, że kompletnie jej nie znam. Dziewczyna na mój widok uśmiechnęła się jakby kombinowała coś nieprzyzwoitego. Podeszła do mnie chwiejnie. Oparła dłonie na moich biodrach i zbliżyła swoją twarz do mojej.
            - Witaj słodziaku – wycharczała mi do ucha a ja poczułem intensywny zapach alkoholu. Laska była nim wręcz przesiąknięta. – Co tu robisz sam?
            - Szukam wódki – mruknąłem beznamiętnie. Sam nie wiem co teraz czułem. W pewnym stopniu panna trochę mnie obrzydzała. Nie oszukujmy się, była zalana w trzy dupy i łatwa, skoro mizdrzy się do obcego chłopaka. Ale z drugiej strony pozwalało mi to uciec od Alice i Gerarda, którzy cały czas nachalnie łazili mi po głowie. Spojrzałem na dziewczynę, która wręcz śliniła się na mój widok. Zabawne bo szukałem wódki i znalazłem ją. Żywą, chodzącą wódkę. Na tę myśl mimowolnie się uśmiechnąłem. Dziewczyna chyba pomyślała, że uśmiech był skierowany do niej ponieważ pochyliła się do mnie jeszcze bardziej. Poczułem jej oddech na szyi a po chwili coś mokrego i ciepłego na mojej krtani. Złapałem ją za rękę i delikatnie odciągnąłem od siebie.
            - Co zamierzasz? – zapytałem mimo, że doskonale znałem odpowiedź. Lasce chodziło tylko o jedno i było to widać na kilometr.
            - Zaraz się przekonasz – wycharczała i uśmiechnęła się uwodzicielsko. Chwyciła mnie za rękę i pociągnęła za sobą w stronę schodów. Zdziwiłem się, że dziewczyna mimo ewidentnego upicia, dziarsko wspinała się po stopniach ciągnąc mnie za sobą jakbym był workiem z ziemniakami. Kiedy byliśmy już na górze puściła moją dłoń. Oparła ręce na biodrach i rozejrzała się dookoła. W końcu jej uwagę przykuły białe drzwi na końcu korytarza. Uśmiechnęła się szeroko poczym uwięziła mnie w zaborczym uścisku i wciągnęła do pokoju, któremu chwilę temu się przyglądała. Wepchnęła mnie do pomieszczenia a sama oparła się o drzwi, patrząc na mnie jak wygłodniałe zwierzę na swoją ofiarę. Trochę mnie to przerażało. Zrobiłem krok w tył zastanawiając się czy aby na pewno powinienem tu być. Po co mam na siłę udowadniać sobie, że Alice nic dla mnie nie znaczy i to w taki sposób. W ogóle nie mam ochoty na jednorazowy seks z tlenionym pustakiem, który puszcza się na każdej imprezie. Zmrużyłem oczy i jeszcze bardziej się cofnąłem. Poczułem, że wpadam na biurko. Odwróciłem się i omiotłem je wzrokiem. Jakieś rysunki, porozwalane ołówki, notatniki z powydzieranymi kartkami. Jednym słowem kompletny burdel. Rozejrzałem się po pokoju, w którym się znajdowaliśmy. Nie za duże, jedno osobowe łóżko było wręcz idealnie pościelone, książki na półkach poukładane równo od najmniejszej do największej. Najwyraźniej właściciel pokoju był niezłym pedantem, nie licząc oczywiście biurka. Zastanawiałem się czemu ten pokój był otwarty. Nie wyglądał jakby był przeznaczony na imprezy, zdecydowanie nie. Więc dlaczego nie był zamknięty? Byłem wręcz pewien, że pokój należy do dziewczyny, która wyprawia tę imprezę. Przecież do przewidzenia było, że nie dopilnuje wszystkich i tak czy siak ktoś się tutaj wprosi. Jest chyba dosyć lekkomyślna.
            Z zamyślenia wyrwała mnie dziewczyna, która jeszcze chwilę temu opierała się o drzwi. Teraz przygwoździła mnie do biurka dłonie opierając na moich biodrach. Przekręciła głowę i wbiła się zachłannie w moje usta. Nie odwzajemniłem pocałunku. Nie podobał mi się. Laska śmierdziała alkoholem a na myśl, że co najmniej połowa szkoły całowała te usta robiło mi się nie dobrze. Odwróciłem głowę przerywając pocałunek ale na dziewczynie chyba nie zrobiło to większego wrażenia. Swoją smukłą dłoń wsunęła pod moją bluzkę przez co moje ciało przeszedł dreszcz. Nie chciałem tego, jednak zamiast tego przerwać stałem jak sparaliżowany i poddawałem się dziewczynie. Nawet nie znałem jej imienia, nic o niej nie wiem. „Tak nie można. Frank, przecież masz swoje zasady więc się ich trzymaj.” Zamknąłem oczy, nie chcąc na to wszystko patrząc. Muszę to zrobić, żeby zapomnieć o Alice i jej chłopaku. To mi na pewno pomoże.
            Poczułem jak jej ręka zsuwa się z mojego brzucha coraz niżej. Przełknąłem głośno ślinę wciąż mając zamknięte oczy. Wciągnąłem głośno powietrze kiedy jej ręka delikatnie wślizgnęła się pod moje spodnie. Nie, wystarczy. Musze pomyśleć o konsekwencjach. Przecież to mi nie pomoże. Będę się czuł jeszcze gorzej. Nie mam na to ochoty, nie teraz, nie z tą dziewczyną. Przecież ona na pewno się nie zabezpiecza. Ja też nic przy sobie nie mam a przecież dobrze wiem do czego to doprowadzi. Praktycznie wszystkie takie znajomości kończą się niechcianą ciążą a mi się nie śpieszy do bycia tatusiem.
            Otworzyłem oczy i odepchnąłem dziewczynę od siebie. Spojrzała na mnie z wyrzutem ale ponownie się do mnie zbliżyła. Chyba nie zrozumiała przekazu. Chwyciłem ją za nadgarstki i pokręciłem głową z ironicznym uśmiechem. Jak matka, która zabrania czegoś swojemu małemu dziecku. Dziewczyna z resztą właśnie jak to dziecko wyglądała. Zrobiła obrażoną minę.
            - O co ci chodzi? – zapytała niezadowolona.
            - Nic z tego nie będzie mała. Znajdź sobie innego kolesia albo laskę jak tam wolisz. – uśmiechnąłem się do niej kpiąco – Nie jestem taki łatwy jak ty.
            - Pojebało cię? – syknęła rozłoszczona.
            - Możliwe – powiedziałem spokojnie. – Ale nie będę się z tobą pieprzył w czyimś pokoju, na imprezie, nawet nie znając twojego imienia.
            - Nadia – rzuciła pośpiesznie na co zareagowałem śmiechem.
            - Na nic nie licz, Nadia.
            - Nie to nie. Sam nie wiesz co tracisz – odpowiedziała sucho poczym odwróciła się w stronę drzwi i je otworzyła. Obejrzała się jeszcze raz do mnie.
            - Pedał – rzuciła poczym trzasnęła drzwiami i tyle ją widziałem. Jej obelga wcale mnie nie obraziła. Wręcz przeciwnie, zaśmiałem się kręcąc z niedowierzaniem głową. Co za laska. Nie chcę się z nią bzykać na imprezie i od razu ze mnie pedał. No nieźle.
            Ogarnąłem wzrokiem pokój, chcąc zostawić go wstanie nienaruszonym. Wszystko pozostało na swoim miejscu. Nie zdążyliśmy, na szczęście, narozrabiać. Ruszyłem w stronę drzwi poczym udałem się na korytarz skąd skierowałem się schodami na dół, w samo centrum imprezy. Postanowiłem jednak, że nie tknę dzisiaj więcej alkoholu. Jeżeli upiję się, kto wie co mi odbiję a laska może szybko wybaczyć mi odtrącenie. Najchętniej już bym stąd uciekł ale nie mam co ze sobą zrobić. Jestem u Marca więc będę mógł stąd wyjść tylko z nim.
            Już miałem wejść do kuchni by w spokoju spędzić resztę imprezy kiedy poczułem czyjeś ręce na moich ramionach. Nim się zorientowałem osoba która mnie złapała, przydusiła mnie brutalnie do ściany. Przez chwilę byłem tak oszołomiony, że stałem tylko jak posąg nie mogąc się ruszyć.
            - Co jest?! – warknąłem do ściany, ponieważ moja twarz była do niej przyduszona.
            - Szzz – usłyszałem cichy, kobiecy szept. Czyżby to była ta panna, której dałem kosza? Nie zrozumiała wyraźnego przekazu, że nie mam ochoty na bliższą znajomość z nią?
            Odwróciłem się gwałtownie, wyrywając z zaborczego uścisku. Spojrzałem na mojego oprawcę i zdębiałem. Mógłbym przysiąc, że przez kilka chwil świat stanął w miejscu. Przestałem słyszeć muzykę, tych wszystkich ludzi. Cokolwiek. Jedyny dźwięk docierający do moich uszu wydawało moje serce, które teraz biło w zabójczym tempie. Oparłem się o ścianę, szczęśliwy, że akurat jest pod ręką ponieważ gdyby nie ona, zapewne obaliłbym się jak długi na ziemię. Przede mną stała osoba przed którą próbuję uciekać myślami od kiedy pierwszy raz ją zobaczyłem. O której chciałem zapomnieć, wyrzucić z głowy raz na zawsze. Stała teraz przede mną i uśmiechała się uroczo.
            - Alice? – wyjąkałem zaszokowany.
            - Witaj Frankie – powiedziała. Wyczułem w jej głosie, że jest nieźle wstawiona. – Jak ci się podoba moja impreza?
            - Jak to twoja? – zapytałem zaskoczony.
            - No normalnie. Ja ją wyprawiłam. To mój dom – odrzekła po czym podniosła rękę i wskazała reprezentacyjnie na całe pomieszczenie.
            Jestem chyba największym pechowcem świata. Najpierw spodobała mi się zajęta dziewczyna i to nie przez byle kogo. Przez kolesia, który przyprawiał mnie o dreszcze samym spojrzeniem, który powodował, że zaczynam panikować chociaż nawet się odezwał. I kiedy chcę zakończyć tą znajomość, odizolować się i od niej i od jej chłopaka, ląduję na imprezie wyprawianą właśnie przez nią.
            Chwyciłem się za głowę i zaśmiałem histerycznie. Spojrzałem na nią. Stała i uśmiechała się do mnie słodko. Nie bardzo rozumiałem o co jej chodzi. Mogłem jedynie podejrzewać ale nie chciałem przyjmować tego do wiadomości. Dziewczyna poruszyła się chcąc zrobić krok w moją stronę ale straciła równowagę i runęła prosto na mnie. Chcąc, nie chcąc złapałem ją i przyciągnąłem do siebie. Nie chciałem żeby upadła i sobie coś zrobiła.
Spojrzała na mnie mętnym wzrokiem.
            - Chciałam z tobą iść na te randkę – wybełkotała. – Ale jak zwykle Gerard wszystko popsuł.
            Uniosłem brwi w geście zdziwienia. Jak to popsuł? Nie chciał, żeby jego dziewczyna umawiała się z innym. To chyba logiczne. Jeżeli była o to na niego zła to chyba z nią jest coś nie tak, a nie z nim.
            - To nie jest najlepszy pomysł Alice – rzuciłem i spróbowałem podnieść ją do pionu, jednak dziewczyna była tak spita, że wręcz przelewała mi się przez ręce. Musiałem ją stąd zabrać najlepiej do sypialni. Myślę, że na dzisiaj wystarczy jej imprezy, jeżeli nie chce wyrzygać się na środku pokoju. – Choć. Zabiorę Cię stąd.
            - A gdzie? – zapytała słodko. – Podobasz mi się Franuś.
            - Dziękuję – mruknąłem udając obojętność. Boże, dlaczego dziewczyna, której się niby podobam jest zajęta? Czemu lgnie tak do mnie, przecież ma chłopaka. CHŁOPAKA! Jezu, przecież tu jest zapewne Gerard. Na pewno imprezowali gdzieś razem. Boję się myśleć co mogłoby się stać gdyby zastał nas w takiej sytuacji. Miałem ochotę natychmiast odskoczyć od dziewczyny jak najdalej ale nie mogłem tego zrobić ponieważ kiedy ja puszczę przewróci się.
            - Alice, Gerard nie może nas zobaczyć więc błagam współpracuj ze mną – powiedziałem błagalnie.
            - Gerarda tu nie ma – zaśmiała się głośno. – Jesteśmy sami. Możemy wszystko.
            - Jak to nie ma tu Gerarda? – zapytałem ignorując ostatnią uwagę dziewczyny.
            - Nie lubi imprez a ja nie będę go zmuszać. Nie chce to nie – wzruszyła ramionami.
            - Pozwala Ci chodzić samej? – zapytałem zdziwiony.
            - Nie jest moim ojcem! – obruszyła się. – Nie rozkazuje mi.
            Nie powiem, zdziwiło mnie to. Kto puszcza swoją dziewczynę samą na takie imprezy. Nie boi się o nią? Nie boi się zdrady? Może jej ufa, może nawet za bardzo. Przecież nie była godna zaufania skoro teraz się do mnie przystawiała.
            - Alice, lepiej będzie jeżeli pójdziesz się położyć – powiedziałem niepewnie.
            - Tylko z tobą Franuś – odpowiedziała kokieteryjnie.
            - Boże – jąknąłem zrezygnowany.
            Nic nie idzie dzisiaj po mojej myśli. 


1 komentarz:

  1. Superrr już nie mogę doczekać się następnego rozdziału (tak bardzo motywująco....)

    OdpowiedzUsuń