Więc o to kolejny rozdział mojego autyzmu. Wyszedł mi taki długi, że musiałam podzielić go na pół dzięki czemu jest o jeden rozdział więcej. I tak wydaję mi się, że piszę te rozdziały za długie. No ale nic, tak już mam. Z góry przepraszam za wszelkie błędy językowe, ortograficzne i ewentualnie gramatyczne jeżeli się takowe zdarzą chociaż mam nadzieję, że nie będzie ich za dużo. Zanim coś opublikuje staram się sprawdzać to po kilka razy więc praktycznie znam te rozdziały na pamięć. Oczywiście, jeżeli coś wyłapiecie, piszcie :)
Jakakolwiek opinia mile widziana. Bez zbędnego przedłużania, zapraszam do czytania tego dziwnego tworu.
- Wstawaj! – usłyszałem tuż przy moim uchu. O mało nie
dostałem zawału. Zerwałem się nagle zaplątując przy tym w kołdrę pod którą
leżałem i zwaliłem się na podłogę obok łóżka, w którym jeszcze parę chwil temu
spałem w najlepsze. Poczułem ból w plecach, na które boleśnie upadłem.
- Cholera –
mruknąłem, rozmasowując krzyże. Usłyszałem na de mną śmiech mojej matki.
Spojrzałem na nią z wyrzutem.
- Własna
matka mnie tak traktuje – powiedziałem niezadowolony. Najchętniej poszedłbym
znowu spać. Żeby się wybudzić potrzebuję najczęściej kilku minut, dlatego też
często spóźniam się do szkoły. Nienawidziłem kiedy budzono mnie w taki sposób.
Nagle, bez żadnego ostrzeżenia. Podniosłem się i ziewnąłem.
- Jest
sobota. Dlaczego budzisz mnie w środku nocy? – zapytałem sennie.
- Środek
nocy? – powiedziała z ironią. – Mój drogi, jest trzynasta.
Spojrzałem
na zegarek stojący na nocnej szafce. Faktycznie, dochodziła już pierwsza po
południu ale to nic nie znaczy ponieważ w weekend potrafię spać nawet do
piętnastej. Cóż, po prostu nie śpię po
nocach i kładę się spać dopiero nad ranem. Lubię nocny tryb i gdybym mógł całe
życie podporządkowałbym nocy.
- To nie
jest powód żeby mnie budzić – burknąłem.
- Nie. To
nie jest powód ale dzisiaj mamy z ojcem rocznicę pamiętasz? – powiedziała
wesoło. No tak. Muszę się zwijać bo rodzice chcą zostać sami i żadne moje
protesty nic mi nie dadzą. W sumie nawet nie wiem czy chciałbym zostać. Kto wie
co zamierzają robić i nie jestem pewien czy chciałbym przy tym być. Na samą
myśl przeszedł mnie dreszcz zniesmaczenia.
- Więc masz
jakieś plany na dzisiaj czy mam dzwonić do babci?
- Nie ma takiej potrzeby – mruknąłem i
rozejrzałem się po pokoju w poszukiwaniu telefonu. Muszę zadzwonić do Marca. On
jest moją jedyną nadzieją.
- No
dobrze. To szykuj się i za godzinę ma cię tu nie być – powiedziała słodko i
puściła mi oczko poczym wyszła z pokoju zamykając za sobą drzwi.
Wziąłem
komórkę i wybrałem numer przyjaciela, który znałem na pamięć. Odczekałem chwilę
poczym usłyszałem znajomy głos.
- Cześć
Frank – powiedział wesoło. – Co tam?
- Hej Marc.
Sprawę mam – zacząłem.
- No?
- Więc moi
staruszkowie mają dzisiaj rocznicę i chcą się mnie pozbyć więc muszę się gdzieś
przekimać. Jest możliwość żebym do ciebie przyszedł?
- No jasne
tylko ja idę dzisiaj na imprezę więc jeżeli chcesz możesz iść ze mną.
Bosko.
Zamiast wizyty u babci mogę iść na imprezę z Marciem. Upiekło mi się.
- To
jeszcze lepiej. Jasne, że chcę – powiedziałem ucieszony z całego obrotu
sytuacji.
- No to
wbijaj do mnie. Impreza zaczyna się gdzieś o dziewiętnastej.
- Ok. Będę
niedługo – rzuciłem jeszcze i się rozłączyłem. Szykuję się całkiem miły
wieczór.
Tak jak chciała matka o czternastej już nie
było mnie w domu. Szedłem wesoły do domu Marca skąd mieliśmy się udać na
imprezę. Nawet nie wiem gdzie ona jest i kto ją urządza ale mało mnie to
interesowało. Maszerowałem wesoło przez park ubrany w czarne, dopasowane
spodnie, koszulkę tego samego koloru z
zespołem Nirvana oraz również czarne trampki. Może nie typowo imprezowy ubiór
ale mi się podobał a to chyba najważniejsze. Starałem
się skupić myśli na planowanym wieczorze jednak pewna osoba a raczej osoby w
mojej głowie skutecznie mi to utrudniały. Mianowicie Alice i jej cholernie
intrygujący i przerażający za razem chłopak. Wciąż siedzieli mi w głowie i
chociaż obiecałem sobie, że nie będę już o nich myśleć to wciąż mimochodem
wracałem myślami do wydarzenia w cukierni. Podobała mi się Alice i to bardzo
ale na przeszkodzie stał nam Gerard. Nie chciałbym mu się narażać, oj nie. Nie
jest ani napakowany, ani jakiś wielki. Nie ma groźnych rys twarzy ale mimo
wszystko ma w sobie coś co sprawia, że panikuję. Dziwny, niczym nie uzasadniony
strach. Ech, śnią mi się po nocach (a właściwie po jednej nocy) te dwie twarze.
Musze zapomnieć o Alice, nie ma innego wyjścia ale ona tak cholernie mi się
podoba. Chciałbym mieć taką dziewczynę. Nigdy nie miałem kogoś tak na poważnie.
Moje związki były niedojrzałe i trwały najdłużej kilka tygodni. A ja od pewnego
czasu chciałem związać się z kimś na dłużej, na poważnie. Chciałem mieć
dziewczynę do kochania a nie do zabawy. Chciałem spędzać z nią wieczory,
chodzić na długie spacery, przytulać się i całować. Kiedy podeszła do mnie
Alice nagle w moim sercu zrodziła się mała nadzieja, że to wszystko przestanie
być tylko durnym marzeniem. Niestety już w samym zarodku zgniótł ją Gerard.
Z
zamyślenia wyrwał mnie mój własny telefon. Wyciągnąłem komórkę z kieszeni i
odebrałem połączenie tym samym uciszając Amy Lee śpiewającą utwór „Tourniquet”, który miałem ustawiony jako dzwonek.
-
Halo? – rzuciłem nawet nie patrząc kto do mnie dzwonił.
-
No hej, gdzie jesteś? – zapytał Marc.
Rozejrzałem
się wokół siebie. Byłem tak zamyślony, że nawet nie wiem jak doszedłem do ulicy
na której mieszkał chłopak. Drogę znałem bardzo dobrze więc nogi automatycznie,
same mnie tu przyprowadziły.
-
Pod twoim domem.
-Jak
to? Już? – usłyszałem a następnie w oknie, któremu się przyglądałem pojawił się
Marc. Uśmiechnął się i pomachał do mnie. Ja zrobiłem to samo. Po chwili drzwi
jego domu się otworzyły a on sam wykonał ręką gest zapraszający do środka.
-
Co tam? – zapytał kiedy wszedłem.
-
A nic ciekawego – odpowiedziałem mimo iż ostatnio wydarzyło się jednak coś o
czym mógłbym mu opowiedzieć. Ale czy to dobry pomysł? Nie wiem czy chcę
rozmawiać z nim na ten temat. W końcu kto zwierza się swojemu kumplowi z
problemów sercowych. Jeszcze by mnie wziął za jakiegoś nieudolnego romantyka,
który przesiaduje wieczory na jedzeniu lodów i oglądaniu romansideł.
-
Kto właściwie wyprawia tę imprezę? – zapytałem.
-
A wiesz, że nie wiem – zaśmiał się. – Chyba jakaś laska. Dopiero się
wprowadziła czy coś. Nie znam jej kompletnie ale skoro zaprasza wszystkich to
czemu nie skorzystać z okazji. Dziewczyna chyba chce zrobić jak najlepsze
pierwsze wrażenie.
-
Nieźle kombinuje – przyznałem.
-
Ty tak idziesz? – zapytał mnie Marc poczym zlustrował całego od stóp do głów. –
Nie zbyt wyjściowy strój.
-
Zawsze się tak ubieram – mruknąłem. Wiedziałem, że się o to przyczepi. Ja nie
jestem z tych, którzy szykują się godzinami, nakładają tonę żelu na włosy,
ubierają debilne ciuchy w kolorach które do siebie nie pasują. Wyglądają jak
pajace. Jeżeli się upiją to nawet z zachowania im blisko.
-
Ehh, no wiem, wiem. Mógłbyś czasem odpuścić ten czarny. Wyglądasz jak wieczny
żałobnik – zaśmiał się.
-
I dobrze – zawtórowałem mu. – O to mi chodzi.
-
Niezły z ciebie dziwak – pokręcił z ironią głową.
-
Wiem i dobrze mi z tym – wyszczerzyłem się. – Cholernie dobrze.
- Jesteś
nieobecny – usłyszałem jakby z dala, głos Marca.
- Co? –
spojrzałem na niego.
- Słuchasz
co do Ciebie mówię? – przyjrzał mi się. – Nad czym myślisz?
- Eee, nad
niczym szczególnym – bąknąłem.
- No przecież
widzę. Znam cię już parę lat – przekręcił głowę a ja zastanawiałem się czy mu
może jednak powiedzieć. W końcu to mój przyjaciel,
powinien zrozumieć. Może mi jakoś pomoże.
- Powiesz
mi o co chodzi? – naciskał.
- Ehh, no
dobrze – westchnąłem zrezygnowany. – Chodzi o pewną dziewczynę…
Na twarzy
Marca pojawił się uśmiech. Nie wiem czy do końca szczery. No ale cóż, jak się
powiedziało A to trzeba powiedzieć B. Nie wiem jak to skomentuje. Nie zawsze
otwieram się przed ludźmi. Najczęściej zostaję sam z moimi problemami. Nie
lubię się zwierzać i otrzymywać rad z
których i tak najprawdopodobniej nie skorzystam. Moje sprawy załatwiam sam.
Zawsze sobie radzę ale Alice i Gerard siedzący w mojej głowie nie dawali mi
spokoju. Może to właśnie jedna z takich sytuacji kiedy nie dam sobie rady sam. Szczegółowo
opowiedziałem Marcowi to co wydarzyło się w kawiarni oraz moje odczucia do tej
dziewczyny oraz jego chłopaka. Jego reakcja była taka jak się spodziewałem.
Zaśmiał się…
- Daj sobie
z nią spokój i tyle – powiedział. – Chyba nie chcesz zarobić w twarz od jej
chłopaka?
- Nie! On
mnie przeraża – odpowiedziałem szybko.
- Niezły z
niego kark w takim razie – zastanowił się Marc. Cóż, chyba nie chcę go
wyprowadzać z błędu. Niech myśli, że Gerard to napakowany mięśniak. Jak będę
wyglądać w jego oczach jeżeli powiem mu, że paniczny lęk wywołuje u mnie
człowiek, który wygląda jak wyciągnięty z trumny.
- No ale ta
dziewczyna, tak mi się podoba – jęknąłem.
- A tam.
Przecież pełno jest dziewczyn na świecie. Nie ona to inna – wzruszył ramionami
i spojrzał na moją zbolałą minę. – Przecież nawet się w niej nie zakochałeś.
Widziałeś ja zaledwie kilka minut.
Marc ma
chyba rację. Nie wiem co mi odbija. Nie poznaję siebie. Nie łatwo zawiązuję
znajomości ale Alice zawróciła mi w głowie i mimo, że rozmawiałem z nią kilka
minut czułem, że chciałbym zobaczyć ją jeszcze raz. Faktycznie, nie mogłem się
zakochać ale dziewczyna wydała się taka sympatyczna. Chciałem spędzać z nią
czas, poznać bliżej, może cos by z tego
wyszło. Ale nic z tego. Ona ma chłopaka, którego boję się jak ognia. To chyba
jedyny i całkowicie wystarczający argument.
- Wiesz, że
przychodzi do nas nowa laska – zapytał.
- No tak –
faktycznie, jakaś nowa ma dojść do naszej klasy. Nie myślałem o tym bo wydawało
mi się to bez znaczenia. – I co z tego?
- Może ona
mogłaby cię jakoś… - uśmiechnął się uroczo. – …pocieszyć.
-
Znając moje szczęście, będzie miała chłopaka – zaśmiałem się ponuro. Marc
myśli, że teraz polecę na byle jaką pannę. Może to i dobry pomysł ale nie będę
w stanie nic zrobić póki nie wybiję sobie z głowy Alice. Muszę to zrobić. Raz
na zawsze.
Staliśmy
razem z Marciem przed dwupiętrowym domem w którym wyraźnie słychać było
imprezę. Muzyka dudniła tak, że ziemia pod moimi stopami wibrowała. Przez okna
widać było tańczących ludzi. Spojrzałem na mojego kumpla. Szczerzył się od ucha
do ucha. Widać śpieszyło mu się na balety ponieważ chwycił mnie za nadgarstek i
energicznie zaczął ciągnąć w stronę drzwi.
- Ała,
wyrwiesz mi rękę – mruknąłem niezadowolony.
- Nie
zrzędź – zaśmiał się i wciągnął mnie do środka. Poczułem od razu znajomy zapach
alkoholu, którym wręcz emanowało pomieszczenie. Tłumy ludzi wylewały się z
różnych pokoi. Pchali się i przepychali. Zacząłem się powoli zastanawiać co ja
tu robię. Owszem lubiłem czasem wyjść na jakąś domówkę ale nie na taką. Nie
lubię takiego towarzystwa. W ogóle nie znam tych ludzi. Odwróciłem się do Marca
ale jego już nie było. Rozejrzałem się dookoła. Zniknął. Pewnie poszedł balować
i mnie zostawił. Mogłem się tego spodziewać. On chyba od początku nie bardzo
chciał tu ze mną przyjść. Wie, że nie jestem duszą towarzystwa. No nic, i tak
nie mam co za sobą zrobić a może przynajmniej da mi to jakoś zapomnieć o Alice.
Może przestanę o niej myśleć chociaż przez chwilę. Podążyłem w stronę salonu w
poszukiwaniu jakiegoś alkoholu. Bądź co bądź ale to alkohol najlepiej nadaje
się na takie chwile. Z resztą jestem na domówce więc to logiczne, że nie wyjdę
stąd trzeźwy. Minąłem jakąś namiętnie liżącą się parę po czym skierowałem się w
stronę stolika. Ku mojemu rozczarowaniu butelki zostały całkowicie opróżnione.
No ładnie. Impreza się dopiero rozkręca a już nie ma wódki. Podszedłem do
jakiegoś chłopaka. Widać, że był już nieźle wstawiony, ledwo trzymał się na
nogach.
- Wiesz
gdzie znajdę jakiś alkohol? – zapytałem go. Popatrzył na mnie mętnym wzrokiem i
się zamyślił. Chyba przetwarzał moje słowa. Po chwili jednak na jego skupionej
twarzy pojawił się przebłysk olśnienia.
- Chyba w
kuchni – wybełkotał po czym jak długi runął na kanapę. Miał szczęście, że tam
stała inaczej miałby nieprzyjemny kontakt z ziemią. Zaśmiałem się pod nosem.
Nawet gdybym starał się udawać miłego, ten widok po prostu był przezabawny i
nie tylko ja tak uważałem ponieważ usłyszałem za mną śmiechy innych imprezowiczów. Ruszyłem na poszukiwanie kuchni. Nie było trudno ją znaleźć. Była na parterze i
ku mojemu zaskoczeniu było to pewnie najcichsze miejsce w domu. Bez problemu
znalazłem tam zgrzewkę piw, która stała na kuchennym blacie i tylko czekała aż
ktoś po nią sięgnie. Wyciągnąłem jedno piwo i nawet nie patrząc na markę,
upiłem z gwintu kilka sporych łyków. Rozejrzałem się jeszcze po kuchni w
poszukiwaniu czegoś mocniejszego. Co jak co ale głowę mam mocną, przekonałem
się już o tym parę razy kiedy to moi znajomi dawno zalani w trupa leżeli
nieprzytomni na podłodze a ja siedziałem i patrzyłem na nich próbując dociec
czemu wciąż jestem trzeźwy. Jedno piwo to stanowczo za mało, żebym się upij.
Ba, nawet cała zgrzewka może nie starczyć. Na moje nieszczęście nic nie mogłem
znaleźć. Grzebałem nawet po kuchennych szafkach, zachowując się wyjątkowo
nietaktownie. Uwzględniłem jednak, że ludzie na tej domówce robią większy
burdel. Kto by się przejmował, tym że grzebie sobie w szafkach. Oparłem się
zrezygnowany o stół. Może gdybym znalazł właścicielkę domu, znalazłbym też
alkohol. Może ma porobione jakieś zapasy albo coś. Dokańczałem właśnie drugie
piwo kiedy do kuchni wleciała jakaś dziewczyna. Podparła się rękami o blat.
Pewnie gdyby tego nie zrobiła wyrżnęłaby się jak długa. Podniosła głowę i
odgarnęła swoje długie, blond włosy. Swoje zamglone spojrzenie wbiła w mnie.
Próbowałem sobie przypomnieć czy widziałem kiedyś tę pannę ale po chwili doszło
do mnie, że kompletnie jej nie znam. Dziewczyna na mój widok uśmiechnęła się jakby
kombinowała coś nieprzyzwoitego. Podeszła do mnie chwiejnie. Oparła dłonie na
moich biodrach i zbliżyła swoją twarz do mojej.
- Witaj
słodziaku – wycharczała mi do ucha a ja poczułem intensywny zapach alkoholu.
Laska była nim wręcz przesiąknięta. – Co tu robisz sam?
- Szukam
wódki – mruknąłem beznamiętnie. Sam nie wiem co teraz czułem. W pewnym stopniu
panna trochę mnie obrzydzała. Nie oszukujmy się, była zalana w trzy dupy i
łatwa, skoro mizdrzy się do obcego chłopaka. Ale z drugiej strony pozwalało mi
to uciec od Alice i Gerarda, którzy cały czas nachalnie łazili mi po głowie.
Spojrzałem na dziewczynę, która wręcz śliniła się na mój widok. Zabawne bo
szukałem wódki i znalazłem ją. Żywą, chodzącą wódkę. Na tę myśl mimowolnie się
uśmiechnąłem. Dziewczyna chyba pomyślała, że uśmiech był skierowany do niej
ponieważ pochyliła się do mnie jeszcze bardziej. Poczułem jej oddech na szyi a
po chwili coś mokrego i ciepłego na mojej krtani. Złapałem ją za rękę i
delikatnie odciągnąłem od siebie.
- Co
zamierzasz? – zapytałem mimo, że doskonale znałem odpowiedź. Lasce chodziło
tylko o jedno i było to widać na kilometr.
- Zaraz się
przekonasz – wycharczała i uśmiechnęła się uwodzicielsko. Chwyciła mnie za rękę
i pociągnęła za sobą w stronę schodów. Zdziwiłem się, że dziewczyna mimo
ewidentnego upicia, dziarsko wspinała się po stopniach ciągnąc mnie za sobą
jakbym był workiem z ziemniakami. Kiedy byliśmy już na górze puściła moją dłoń.
Oparła ręce na biodrach i rozejrzała się dookoła. W końcu jej uwagę przykuły białe
drzwi na końcu korytarza. Uśmiechnęła się szeroko poczym uwięziła mnie w
zaborczym uścisku i wciągnęła do pokoju, któremu chwilę temu się przyglądała.
Wepchnęła mnie do pomieszczenia a sama oparła się o drzwi, patrząc na mnie jak
wygłodniałe zwierzę na swoją ofiarę. Trochę mnie to przerażało. Zrobiłem krok w
tył zastanawiając się czy aby na pewno powinienem tu być. Po co mam na siłę
udowadniać sobie, że Alice nic dla mnie nie znaczy i to w taki sposób. W ogóle
nie mam ochoty na jednorazowy seks z tlenionym pustakiem, który puszcza się na
każdej imprezie. Zmrużyłem oczy i jeszcze bardziej się cofnąłem. Poczułem, że
wpadam na biurko. Odwróciłem się i omiotłem je wzrokiem. Jakieś rysunki,
porozwalane ołówki, notatniki z powydzieranymi kartkami. Jednym słowem
kompletny burdel. Rozejrzałem się po pokoju, w którym się znajdowaliśmy. Nie za
duże, jedno osobowe łóżko było wręcz idealnie pościelone, książki na półkach
poukładane równo od najmniejszej do największej. Najwyraźniej właściciel pokoju
był niezłym pedantem, nie licząc oczywiście biurka. Zastanawiałem się czemu ten
pokój był otwarty. Nie wyglądał jakby był przeznaczony na imprezy, zdecydowanie
nie. Więc dlaczego nie był zamknięty? Byłem wręcz pewien, że pokój należy do
dziewczyny, która wyprawia tę imprezę. Przecież do przewidzenia było, że nie
dopilnuje wszystkich i tak czy siak ktoś się tutaj wprosi. Jest chyba dosyć
lekkomyślna.
Z
zamyślenia wyrwała mnie dziewczyna, która jeszcze chwilę temu opierała się o drzwi.
Teraz przygwoździła mnie do biurka dłonie opierając na moich biodrach.
Przekręciła głowę i wbiła się zachłannie w moje usta. Nie odwzajemniłem
pocałunku. Nie podobał mi się. Laska śmierdziała alkoholem a na myśl, że co
najmniej połowa szkoły całowała te usta robiło mi się nie dobrze. Odwróciłem
głowę przerywając pocałunek ale na dziewczynie chyba nie zrobiło to większego
wrażenia. Swoją smukłą dłoń wsunęła pod moją bluzkę przez co moje ciało
przeszedł dreszcz. Nie chciałem tego, jednak zamiast tego przerwać stałem jak
sparaliżowany i poddawałem się dziewczynie. Nawet nie znałem jej imienia, nic o
niej nie wiem. „Tak nie można. Frank, przecież masz swoje zasady więc się ich
trzymaj.” Zamknąłem oczy, nie chcąc na to wszystko patrząc. Muszę to zrobić,
żeby zapomnieć o Alice i jej chłopaku. To mi na pewno pomoże.
Poczułem
jak jej ręka zsuwa się z mojego brzucha coraz niżej. Przełknąłem głośno ślinę
wciąż mając zamknięte oczy. Wciągnąłem głośno powietrze kiedy jej ręka
delikatnie wślizgnęła się pod moje spodnie. Nie, wystarczy. Musze pomyśleć o
konsekwencjach. Przecież to mi nie pomoże. Będę się czuł jeszcze gorzej. Nie
mam na to ochoty, nie teraz, nie z tą dziewczyną. Przecież ona na pewno się nie
zabezpiecza. Ja też nic przy sobie nie mam a przecież dobrze wiem do czego to
doprowadzi. Praktycznie wszystkie takie znajomości kończą się niechcianą ciążą
a mi się nie śpieszy do bycia tatusiem.
Otworzyłem
oczy i odepchnąłem dziewczynę od siebie. Spojrzała na mnie z wyrzutem ale
ponownie się do mnie zbliżyła. Chyba nie zrozumiała przekazu. Chwyciłem ją za
nadgarstki i pokręciłem głową z ironicznym uśmiechem. Jak matka, która zabrania
czegoś swojemu małemu dziecku. Dziewczyna z resztą właśnie jak to dziecko
wyglądała. Zrobiła obrażoną minę.
- O co ci
chodzi? – zapytała niezadowolona.
- Nic z
tego nie będzie mała. Znajdź sobie innego kolesia albo laskę jak tam wolisz. – uśmiechnąłem
się do niej kpiąco – Nie jestem taki łatwy jak ty.
- Pojebało
cię? – syknęła rozłoszczona.
- Możliwe –
powiedziałem spokojnie. – Ale nie będę się z tobą pieprzył w czyimś pokoju, na
imprezie, nawet nie znając twojego imienia.
- Nadia –
rzuciła pośpiesznie na co zareagowałem śmiechem.
- Na nic
nie licz, Nadia.
- Nie to
nie. Sam nie wiesz co tracisz – odpowiedziała sucho poczym odwróciła się w
stronę drzwi i je otworzyła. Obejrzała się jeszcze raz do mnie.
- Pedał –
rzuciła poczym trzasnęła drzwiami i tyle ją widziałem. Jej obelga wcale mnie
nie obraziła. Wręcz przeciwnie, zaśmiałem się kręcąc z niedowierzaniem głową.
Co za laska. Nie chcę się z nią bzykać na imprezie i od razu ze mnie pedał. No
nieźle.
Ogarnąłem
wzrokiem pokój, chcąc zostawić go wstanie nienaruszonym. Wszystko pozostało na
swoim miejscu. Nie zdążyliśmy, na szczęście, narozrabiać. Ruszyłem w stronę
drzwi poczym udałem się na korytarz skąd skierowałem się schodami na dół, w
samo centrum imprezy. Postanowiłem jednak, że nie tknę dzisiaj więcej alkoholu.
Jeżeli upiję się, kto wie co mi odbiję a laska może szybko wybaczyć mi
odtrącenie. Najchętniej już bym stąd uciekł ale nie mam co ze sobą zrobić.
Jestem u Marca więc będę mógł stąd wyjść tylko z nim.
Już miałem
wejść do kuchni by w spokoju spędzić resztę imprezy kiedy poczułem czyjeś ręce
na moich ramionach. Nim się zorientowałem osoba która mnie złapała, przydusiła
mnie brutalnie do ściany. Przez chwilę byłem tak oszołomiony, że stałem tylko
jak posąg nie mogąc się ruszyć.
- Co jest?!
– warknąłem do ściany, ponieważ moja twarz była do niej przyduszona.
- Szzz –
usłyszałem cichy, kobiecy szept. Czyżby to była ta panna, której dałem kosza?
Nie zrozumiała wyraźnego przekazu, że nie mam ochoty na bliższą znajomość z
nią?
Odwróciłem
się gwałtownie, wyrywając z zaborczego uścisku. Spojrzałem na mojego oprawcę i
zdębiałem. Mógłbym przysiąc, że przez kilka chwil świat stanął w miejscu.
Przestałem słyszeć muzykę, tych wszystkich ludzi. Cokolwiek. Jedyny dźwięk
docierający do moich uszu wydawało moje serce, które teraz biło w zabójczym
tempie. Oparłem się o ścianę, szczęśliwy, że akurat jest pod ręką ponieważ
gdyby nie ona, zapewne obaliłbym się jak długi na ziemię. Przede mną stała
osoba przed którą próbuję uciekać myślami od kiedy pierwszy raz ją zobaczyłem.
O której chciałem zapomnieć, wyrzucić z głowy raz na zawsze. Stała teraz przede
mną i uśmiechała się uroczo.
- Alice? –
wyjąkałem zaszokowany.
- Witaj Frankie
– powiedziała. Wyczułem w jej głosie, że jest nieźle wstawiona. – Jak ci się
podoba moja impreza?
- Jak to
twoja? – zapytałem zaskoczony.
- No
normalnie. Ja ją wyprawiłam. To mój dom – odrzekła po czym podniosła rękę i
wskazała reprezentacyjnie na całe pomieszczenie.
Jestem
chyba największym pechowcem świata. Najpierw spodobała mi się zajęta dziewczyna
i to nie przez byle kogo. Przez kolesia, który przyprawiał mnie o dreszcze
samym spojrzeniem, który powodował, że zaczynam panikować chociaż nawet się
odezwał. I kiedy chcę zakończyć tą znajomość, odizolować się i od niej i od jej
chłopaka, ląduję na imprezie wyprawianą właśnie przez nią.
Chwyciłem
się za głowę i zaśmiałem histerycznie. Spojrzałem na nią. Stała i uśmiechała
się do mnie słodko. Nie bardzo rozumiałem o co jej chodzi. Mogłem jedynie
podejrzewać ale nie chciałem przyjmować tego do wiadomości. Dziewczyna
poruszyła się chcąc zrobić krok w moją stronę ale straciła równowagę i runęła
prosto na mnie. Chcąc, nie chcąc złapałem ją i przyciągnąłem do siebie. Nie
chciałem żeby upadła i sobie coś zrobiła.
Spojrzała na mnie mętnym wzrokiem.
- Chciałam
z tobą iść na te randkę – wybełkotała. – Ale jak zwykle Gerard wszystko popsuł.
Uniosłem
brwi w geście zdziwienia. Jak to popsuł? Nie chciał, żeby jego dziewczyna
umawiała się z innym. To chyba logiczne. Jeżeli była o to na niego zła to chyba
z nią jest coś nie tak, a nie z nim.
- To nie
jest najlepszy pomysł Alice – rzuciłem i spróbowałem podnieść ją do pionu,
jednak dziewczyna była tak spita, że wręcz przelewała mi się przez ręce.
Musiałem ją stąd zabrać najlepiej do sypialni. Myślę, że na dzisiaj wystarczy
jej imprezy, jeżeli nie chce wyrzygać się na środku pokoju. – Choć. Zabiorę Cię
stąd.
- A gdzie?
– zapytała słodko. – Podobasz mi się Franuś.
- Dziękuję
– mruknąłem udając obojętność. Boże, dlaczego dziewczyna, której się niby
podobam jest zajęta? Czemu lgnie tak do mnie, przecież ma chłopaka. CHŁOPAKA!
Jezu, przecież tu jest zapewne Gerard. Na pewno imprezowali gdzieś razem. Boję
się myśleć co mogłoby się stać gdyby zastał nas w takiej sytuacji. Miałem
ochotę natychmiast odskoczyć od dziewczyny jak najdalej ale nie mogłem tego
zrobić ponieważ kiedy ja puszczę przewróci się.
- Alice,
Gerard nie może nas zobaczyć więc błagam współpracuj ze mną – powiedziałem
błagalnie.
- Gerarda tu nie ma – zaśmiała się
głośno. – Jesteśmy sami. Możemy wszystko.
- Jak to
nie ma tu Gerarda? – zapytałem ignorując ostatnią uwagę dziewczyny.
- Nie lubi
imprez a ja nie będę go zmuszać. Nie chce to nie – wzruszyła ramionami.
- Pozwala
Ci chodzić samej? – zapytałem zdziwiony.
- Nie jest
moim ojcem! – obruszyła się. – Nie rozkazuje mi.
Nie powiem,
zdziwiło mnie to. Kto puszcza swoją dziewczynę samą na takie imprezy. Nie boi
się o nią? Nie boi się zdrady? Może jej ufa, może nawet za bardzo. Przecież nie
była godna zaufania skoro teraz się do mnie przystawiała.
- Alice,
lepiej będzie jeżeli pójdziesz się położyć – powiedziałem niepewnie.
- Tylko z
tobą Franuś – odpowiedziała kokieteryjnie.
- Boże –
jąknąłem zrezygnowany.
Nic nie
idzie dzisiaj po mojej myśli.