niedziela, 27 lipca 2014

II ROZDZIAŁ

           Więc o to kolejny rozdział mojego autyzmu. Wyszedł mi taki długi, że musiałam podzielić go na pół dzięki czemu jest o jeden rozdział więcej. I tak wydaję mi się, że piszę te rozdziały za długie. No ale nic, tak już mam. Z góry przepraszam za wszelkie błędy językowe, ortograficzne i ewentualnie gramatyczne jeżeli się takowe zdarzą chociaż mam nadzieję, że nie będzie ich za dużo. Zanim coś opublikuje staram się sprawdzać to po kilka razy więc praktycznie znam te rozdziały na pamięć. Oczywiście, jeżeli coś wyłapiecie, piszcie :) 
Jakakolwiek opinia mile widziana. Bez zbędnego przedłużania, zapraszam do czytania tego dziwnego tworu. 

               - Wstawaj! – usłyszałem tuż przy moim uchu. O mało nie dostałem zawału. Zerwałem się nagle zaplątując przy tym w kołdrę pod którą leżałem i zwaliłem się na podłogę obok łóżka, w którym jeszcze parę chwil temu spałem w najlepsze. Poczułem ból w plecach, na które boleśnie upadłem.
            - Cholera – mruknąłem, rozmasowując krzyże. Usłyszałem na de mną śmiech mojej matki. Spojrzałem na nią z wyrzutem.
            - Własna matka mnie tak traktuje – powiedziałem niezadowolony. Najchętniej poszedłbym znowu spać. Żeby się wybudzić potrzebuję najczęściej kilku minut, dlatego też często spóźniam się do szkoły. Nienawidziłem kiedy budzono mnie w taki sposób. Nagle, bez żadnego ostrzeżenia. Podniosłem się i ziewnąłem.
            - Jest sobota. Dlaczego budzisz mnie w środku nocy? – zapytałem sennie.
            - Środek nocy? – powiedziała z ironią. – Mój drogi, jest trzynasta.
            Spojrzałem na zegarek stojący na nocnej szafce. Faktycznie, dochodziła już pierwsza po południu ale to nic nie znaczy ponieważ w weekend potrafię spać nawet do piętnastej. Cóż,  po prostu nie śpię po nocach i kładę się spać dopiero nad ranem. Lubię nocny tryb i gdybym mógł całe życie podporządkowałbym nocy.
            - To nie jest powód żeby mnie budzić – burknąłem.
            - Nie. To nie jest powód ale dzisiaj mamy z ojcem rocznicę pamiętasz? – powiedziała wesoło. No tak. Muszę się zwijać bo rodzice chcą zostać sami i żadne moje protesty nic mi nie dadzą. W sumie nawet nie wiem czy chciałbym zostać. Kto wie co zamierzają robić i nie jestem pewien czy chciałbym przy tym być. Na samą myśl przeszedł mnie dreszcz zniesmaczenia.
            - Więc masz jakieś plany na dzisiaj czy mam dzwonić do babci?
             - Nie ma takiej potrzeby – mruknąłem i rozejrzałem się po pokoju w poszukiwaniu telefonu. Muszę zadzwonić do Marca. On jest moją jedyną nadzieją.
            - No dobrze. To szykuj się i za godzinę ma cię tu nie być – powiedziała słodko i puściła mi oczko poczym wyszła z pokoju zamykając za sobą drzwi.
            Wziąłem komórkę i wybrałem numer przyjaciela, który znałem na pamięć. Odczekałem chwilę poczym usłyszałem znajomy głos.
            - Cześć Frank – powiedział wesoło. – Co tam?
            - Hej Marc. Sprawę mam – zacząłem.
            - No?
            - Więc moi staruszkowie mają dzisiaj rocznicę i chcą się mnie pozbyć więc muszę się gdzieś przekimać. Jest możliwość żebym do ciebie przyszedł?
            - No jasne tylko ja idę dzisiaj na imprezę więc jeżeli chcesz możesz iść ze mną.
            Bosko. Zamiast wizyty u babci mogę iść na imprezę z Marciem. Upiekło mi się.
            - To jeszcze lepiej. Jasne, że chcę – powiedziałem ucieszony z całego obrotu sytuacji.
            - No to wbijaj do mnie. Impreza zaczyna się gdzieś o dziewiętnastej.
            - Ok. Będę niedługo – rzuciłem jeszcze i się rozłączyłem. Szykuję się całkiem miły wieczór.


             Tak jak chciała matka o czternastej już nie było mnie w domu. Szedłem wesoły do domu Marca skąd mieliśmy się udać na imprezę. Nawet nie wiem gdzie ona jest i kto ją urządza ale mało mnie to interesowało. Maszerowałem wesoło przez park ubrany w czarne, dopasowane spodnie,  koszulkę tego samego koloru z zespołem Nirvana oraz również czarne trampki. Może nie typowo imprezowy ubiór ale mi się podobał a to chyba najważniejsze. Starałem się skupić myśli na planowanym wieczorze jednak pewna osoba a raczej osoby w mojej głowie skutecznie mi to utrudniały. Mianowicie Alice i jej cholernie intrygujący i przerażający za razem chłopak. Wciąż siedzieli mi w głowie i chociaż obiecałem sobie, że nie będę już o nich myśleć to wciąż mimochodem wracałem myślami do wydarzenia w cukierni. Podobała mi się Alice i to bardzo ale na przeszkodzie stał nam Gerard. Nie chciałbym mu się narażać, oj nie. Nie jest ani napakowany, ani jakiś wielki. Nie ma groźnych rys twarzy ale mimo wszystko ma w sobie coś co sprawia, że panikuję. Dziwny, niczym nie uzasadniony strach. Ech, śnią mi się po nocach (a właściwie po jednej nocy) te dwie twarze. Musze zapomnieć o Alice, nie ma innego wyjścia ale ona tak cholernie mi się podoba. Chciałbym mieć taką dziewczynę. Nigdy nie miałem kogoś tak na poważnie. Moje związki były niedojrzałe i trwały najdłużej kilka tygodni. A ja od pewnego czasu chciałem związać się z kimś na dłużej, na poważnie. Chciałem mieć dziewczynę do kochania a nie do zabawy. Chciałem spędzać z nią wieczory, chodzić na długie spacery, przytulać się i całować. Kiedy podeszła do mnie Alice nagle w moim sercu zrodziła się mała nadzieja, że to wszystko przestanie być tylko durnym marzeniem. Niestety już w samym zarodku zgniótł ją Gerard.
            Z zamyślenia wyrwał mnie mój własny telefon. Wyciągnąłem komórkę z kieszeni i odebrałem połączenie tym samym uciszając Amy Lee śpiewającą utwór „Tourniquet”, który miałem ustawiony jako dzwonek.
            - Halo? – rzuciłem nawet nie patrząc kto do mnie dzwonił.
            - No hej, gdzie jesteś? – zapytał Marc.
            Rozejrzałem się wokół siebie. Byłem tak zamyślony, że nawet nie wiem jak doszedłem do ulicy na której mieszkał chłopak. Drogę znałem bardzo dobrze więc nogi automatycznie, same mnie tu przyprowadziły.
            - Pod twoim domem.
            -Jak to? Już? – usłyszałem a następnie w oknie, któremu się przyglądałem pojawił się Marc. Uśmiechnął się i pomachał do mnie. Ja zrobiłem to samo. Po chwili drzwi jego domu się otworzyły a on sam wykonał ręką gest zapraszający do środka.
            - Co tam? – zapytał kiedy wszedłem.
            - A nic ciekawego – odpowiedziałem mimo iż ostatnio wydarzyło się jednak coś o czym mógłbym mu opowiedzieć. Ale czy to dobry pomysł? Nie wiem czy chcę rozmawiać z nim na ten temat. W końcu kto zwierza się swojemu kumplowi z problemów sercowych. Jeszcze by mnie wziął za jakiegoś nieudolnego romantyka, który przesiaduje wieczory na jedzeniu lodów i oglądaniu romansideł.
            - Kto właściwie wyprawia tę imprezę? – zapytałem.
            - A wiesz, że nie wiem – zaśmiał się. – Chyba jakaś laska. Dopiero się wprowadziła czy coś. Nie znam jej kompletnie ale skoro zaprasza wszystkich to czemu nie skorzystać z okazji. Dziewczyna chyba chce zrobić jak najlepsze pierwsze wrażenie.
            - Nieźle kombinuje – przyznałem.
            - Ty tak idziesz? – zapytał mnie Marc poczym zlustrował całego od stóp do głów. – Nie zbyt wyjściowy strój.
            - Zawsze się tak ubieram – mruknąłem. Wiedziałem, że się o to przyczepi. Ja nie jestem z tych, którzy szykują się godzinami, nakładają tonę żelu na włosy, ubierają debilne ciuchy w kolorach które do siebie nie pasują. Wyglądają jak pajace. Jeżeli się upiją to nawet z zachowania im blisko.
            - Ehh, no wiem, wiem. Mógłbyś czasem odpuścić ten czarny. Wyglądasz jak wieczny żałobnik – zaśmiał się.
            - I dobrze – zawtórowałem mu. – O to mi chodzi.
            - Niezły z ciebie dziwak – pokręcił z ironią głową.
            - Wiem i dobrze mi z tym – wyszczerzyłem się. – Cholernie dobrze.



            - Jesteś nieobecny – usłyszałem jakby z dala, głos Marca.
            - Co? – spojrzałem na niego.
            - Słuchasz co do Ciebie mówię? – przyjrzał mi się. – Nad czym myślisz?
            - Eee, nad niczym szczególnym – bąknąłem.
            - No przecież widzę. Znam cię już parę lat – przekręcił głowę a ja zastanawiałem się czy mu może jednak powiedzieć. W końcu to mój przyjaciel,
powinien zrozumieć. Może mi jakoś pomoże.
            - Powiesz mi o co chodzi? – naciskał.
            - Ehh, no dobrze – westchnąłem zrezygnowany. – Chodzi o pewną dziewczynę…
            Na twarzy Marca pojawił się uśmiech. Nie wiem czy do końca szczery. No ale cóż, jak się powiedziało A to trzeba powiedzieć B. Nie wiem jak to skomentuje. Nie zawsze otwieram się przed ludźmi. Najczęściej zostaję sam z moimi problemami. Nie lubię się zwierzać  i otrzymywać rad z których i tak najprawdopodobniej nie skorzystam. Moje sprawy załatwiam sam. Zawsze sobie radzę ale Alice i Gerard siedzący w mojej głowie nie dawali mi spokoju. Może to właśnie jedna z takich sytuacji kiedy nie dam sobie rady sam. Szczegółowo opowiedziałem Marcowi to co wydarzyło się w kawiarni oraz moje odczucia do tej dziewczyny oraz jego chłopaka. Jego reakcja była taka jak się spodziewałem. Zaśmiał się…
            - Daj sobie z nią spokój i tyle – powiedział. – Chyba nie chcesz zarobić w twarz od jej chłopaka?
            - Nie! On mnie przeraża – odpowiedziałem szybko.
            - Niezły z niego kark w takim razie – zastanowił się Marc. Cóż, chyba nie chcę go wyprowadzać z błędu. Niech myśli, że Gerard to napakowany mięśniak. Jak będę wyglądać w jego oczach jeżeli powiem mu, że paniczny lęk wywołuje u mnie człowiek, który wygląda jak wyciągnięty z trumny.
            - No ale ta dziewczyna, tak mi się podoba – jęknąłem.
            - A tam. Przecież pełno jest dziewczyn na świecie. Nie ona to inna – wzruszył ramionami i spojrzał na moją zbolałą minę. – Przecież nawet się w niej nie zakochałeś. Widziałeś ja zaledwie kilka minut.
            Marc ma chyba rację. Nie wiem co mi odbija. Nie poznaję siebie. Nie łatwo zawiązuję znajomości ale Alice zawróciła mi w głowie i mimo, że rozmawiałem z nią kilka minut czułem, że chciałbym zobaczyć ją jeszcze raz. Faktycznie, nie mogłem się zakochać ale dziewczyna wydała się taka sympatyczna. Chciałem spędzać z nią czas, poznać bliżej, może cos by  z tego wyszło. Ale nic z tego. Ona ma chłopaka, którego boję się jak ognia. To chyba jedyny i całkowicie wystarczający argument.
            - Wiesz, że przychodzi do nas nowa laska – zapytał.
            - No tak – faktycznie, jakaś nowa ma dojść do naszej klasy. Nie myślałem o tym bo wydawało mi się to bez znaczenia. – I co z tego?
            - Może ona mogłaby cię jakoś… - uśmiechnął się uroczo. – …pocieszyć.
            - Znając moje szczęście, będzie miała chłopaka – zaśmiałem się ponuro. Marc myśli, że teraz polecę na byle jaką pannę. Może to i dobry pomysł ale nie będę w stanie nic zrobić póki nie wybiję sobie z głowy Alice. Muszę to zrobić. Raz na zawsze.


            Staliśmy razem z Marciem przed dwupiętrowym domem w którym wyraźnie słychać było imprezę. Muzyka dudniła tak, że ziemia pod moimi stopami wibrowała. Przez okna widać było tańczących ludzi. Spojrzałem na mojego kumpla. Szczerzył się od ucha do ucha. Widać śpieszyło mu się na balety ponieważ chwycił mnie za nadgarstek i energicznie zaczął ciągnąć w stronę drzwi.
            - Ała, wyrwiesz mi rękę – mruknąłem niezadowolony.
            - Nie zrzędź – zaśmiał się i wciągnął mnie do środka. Poczułem od razu znajomy zapach alkoholu, którym wręcz emanowało pomieszczenie. Tłumy ludzi wylewały się z różnych pokoi. Pchali się i przepychali. Zacząłem się powoli zastanawiać co ja tu robię. Owszem lubiłem czasem wyjść na jakąś domówkę ale nie na taką. Nie lubię takiego towarzystwa. W ogóle nie znam tych ludzi. Odwróciłem się do Marca ale jego już nie było. Rozejrzałem się dookoła. Zniknął. Pewnie poszedł balować i mnie zostawił. Mogłem się tego spodziewać. On chyba od początku nie bardzo chciał tu ze mną przyjść. Wie, że nie jestem duszą towarzystwa. No nic, i tak nie mam co za sobą zrobić a może przynajmniej da mi to jakoś zapomnieć o Alice. Może przestanę o niej myśleć chociaż przez chwilę. Podążyłem w stronę salonu w poszukiwaniu jakiegoś alkoholu. Bądź co bądź ale to alkohol najlepiej nadaje się na takie chwile. Z resztą jestem na domówce więc to logiczne, że nie wyjdę stąd trzeźwy. Minąłem jakąś namiętnie liżącą się parę po czym skierowałem się w stronę stolika. Ku mojemu rozczarowaniu butelki zostały całkowicie opróżnione. No ładnie. Impreza się dopiero rozkręca a już nie ma wódki. Podszedłem do jakiegoś chłopaka. Widać, że był już nieźle wstawiony, ledwo trzymał się na nogach.
            - Wiesz gdzie znajdę jakiś alkohol? – zapytałem go. Popatrzył na mnie mętnym wzrokiem i się zamyślił. Chyba przetwarzał moje słowa. Po chwili jednak na jego skupionej twarzy pojawił się przebłysk olśnienia.
            - Chyba w kuchni – wybełkotał po czym jak długi runął na kanapę. Miał szczęście, że tam stała inaczej miałby nieprzyjemny kontakt z ziemią. Zaśmiałem się pod nosem. Nawet gdybym starał się udawać miłego, ten widok po prostu był przezabawny i nie tylko ja tak uważałem ponieważ usłyszałem za mną śmiechy innych imprezowiczów. Ruszyłem na poszukiwanie kuchni. Nie było trudno ją znaleźć. Była na parterze i ku mojemu zaskoczeniu było to pewnie najcichsze miejsce w domu. Bez problemu znalazłem tam zgrzewkę piw, która stała na kuchennym blacie i tylko czekała aż ktoś po nią sięgnie. Wyciągnąłem jedno piwo i nawet nie patrząc na markę, upiłem z gwintu kilka sporych łyków. Rozejrzałem się jeszcze po kuchni w poszukiwaniu czegoś mocniejszego. Co jak co ale głowę mam mocną, przekonałem się już o tym parę razy kiedy to moi znajomi dawno zalani w trupa leżeli nieprzytomni na podłodze a ja siedziałem i patrzyłem na nich próbując dociec czemu wciąż jestem trzeźwy. Jedno piwo to stanowczo za mało, żebym się upij. Ba, nawet cała zgrzewka może nie starczyć. Na moje nieszczęście nic nie mogłem znaleźć. Grzebałem nawet po kuchennych szafkach, zachowując się wyjątkowo nietaktownie. Uwzględniłem jednak, że ludzie na tej domówce robią większy burdel. Kto by się przejmował, tym że grzebie sobie w szafkach. Oparłem się zrezygnowany o stół. Może gdybym znalazł właścicielkę domu, znalazłbym też alkohol. Może ma porobione jakieś zapasy albo coś. Dokańczałem właśnie drugie piwo kiedy do kuchni wleciała jakaś dziewczyna. Podparła się rękami o blat. Pewnie gdyby tego nie zrobiła wyrżnęłaby się jak długa. Podniosła głowę i odgarnęła swoje długie, blond włosy. Swoje zamglone spojrzenie wbiła w mnie. Próbowałem sobie przypomnieć czy widziałem kiedyś tę pannę ale po chwili doszło do mnie, że kompletnie jej nie znam. Dziewczyna na mój widok uśmiechnęła się jakby kombinowała coś nieprzyzwoitego. Podeszła do mnie chwiejnie. Oparła dłonie na moich biodrach i zbliżyła swoją twarz do mojej.
            - Witaj słodziaku – wycharczała mi do ucha a ja poczułem intensywny zapach alkoholu. Laska była nim wręcz przesiąknięta. – Co tu robisz sam?
            - Szukam wódki – mruknąłem beznamiętnie. Sam nie wiem co teraz czułem. W pewnym stopniu panna trochę mnie obrzydzała. Nie oszukujmy się, była zalana w trzy dupy i łatwa, skoro mizdrzy się do obcego chłopaka. Ale z drugiej strony pozwalało mi to uciec od Alice i Gerarda, którzy cały czas nachalnie łazili mi po głowie. Spojrzałem na dziewczynę, która wręcz śliniła się na mój widok. Zabawne bo szukałem wódki i znalazłem ją. Żywą, chodzącą wódkę. Na tę myśl mimowolnie się uśmiechnąłem. Dziewczyna chyba pomyślała, że uśmiech był skierowany do niej ponieważ pochyliła się do mnie jeszcze bardziej. Poczułem jej oddech na szyi a po chwili coś mokrego i ciepłego na mojej krtani. Złapałem ją za rękę i delikatnie odciągnąłem od siebie.
            - Co zamierzasz? – zapytałem mimo, że doskonale znałem odpowiedź. Lasce chodziło tylko o jedno i było to widać na kilometr.
            - Zaraz się przekonasz – wycharczała i uśmiechnęła się uwodzicielsko. Chwyciła mnie za rękę i pociągnęła za sobą w stronę schodów. Zdziwiłem się, że dziewczyna mimo ewidentnego upicia, dziarsko wspinała się po stopniach ciągnąc mnie za sobą jakbym był workiem z ziemniakami. Kiedy byliśmy już na górze puściła moją dłoń. Oparła ręce na biodrach i rozejrzała się dookoła. W końcu jej uwagę przykuły białe drzwi na końcu korytarza. Uśmiechnęła się szeroko poczym uwięziła mnie w zaborczym uścisku i wciągnęła do pokoju, któremu chwilę temu się przyglądała. Wepchnęła mnie do pomieszczenia a sama oparła się o drzwi, patrząc na mnie jak wygłodniałe zwierzę na swoją ofiarę. Trochę mnie to przerażało. Zrobiłem krok w tył zastanawiając się czy aby na pewno powinienem tu być. Po co mam na siłę udowadniać sobie, że Alice nic dla mnie nie znaczy i to w taki sposób. W ogóle nie mam ochoty na jednorazowy seks z tlenionym pustakiem, który puszcza się na każdej imprezie. Zmrużyłem oczy i jeszcze bardziej się cofnąłem. Poczułem, że wpadam na biurko. Odwróciłem się i omiotłem je wzrokiem. Jakieś rysunki, porozwalane ołówki, notatniki z powydzieranymi kartkami. Jednym słowem kompletny burdel. Rozejrzałem się po pokoju, w którym się znajdowaliśmy. Nie za duże, jedno osobowe łóżko było wręcz idealnie pościelone, książki na półkach poukładane równo od najmniejszej do największej. Najwyraźniej właściciel pokoju był niezłym pedantem, nie licząc oczywiście biurka. Zastanawiałem się czemu ten pokój był otwarty. Nie wyglądał jakby był przeznaczony na imprezy, zdecydowanie nie. Więc dlaczego nie był zamknięty? Byłem wręcz pewien, że pokój należy do dziewczyny, która wyprawia tę imprezę. Przecież do przewidzenia było, że nie dopilnuje wszystkich i tak czy siak ktoś się tutaj wprosi. Jest chyba dosyć lekkomyślna.
            Z zamyślenia wyrwała mnie dziewczyna, która jeszcze chwilę temu opierała się o drzwi. Teraz przygwoździła mnie do biurka dłonie opierając na moich biodrach. Przekręciła głowę i wbiła się zachłannie w moje usta. Nie odwzajemniłem pocałunku. Nie podobał mi się. Laska śmierdziała alkoholem a na myśl, że co najmniej połowa szkoły całowała te usta robiło mi się nie dobrze. Odwróciłem głowę przerywając pocałunek ale na dziewczynie chyba nie zrobiło to większego wrażenia. Swoją smukłą dłoń wsunęła pod moją bluzkę przez co moje ciało przeszedł dreszcz. Nie chciałem tego, jednak zamiast tego przerwać stałem jak sparaliżowany i poddawałem się dziewczynie. Nawet nie znałem jej imienia, nic o niej nie wiem. „Tak nie można. Frank, przecież masz swoje zasady więc się ich trzymaj.” Zamknąłem oczy, nie chcąc na to wszystko patrząc. Muszę to zrobić, żeby zapomnieć o Alice i jej chłopaku. To mi na pewno pomoże.
            Poczułem jak jej ręka zsuwa się z mojego brzucha coraz niżej. Przełknąłem głośno ślinę wciąż mając zamknięte oczy. Wciągnąłem głośno powietrze kiedy jej ręka delikatnie wślizgnęła się pod moje spodnie. Nie, wystarczy. Musze pomyśleć o konsekwencjach. Przecież to mi nie pomoże. Będę się czuł jeszcze gorzej. Nie mam na to ochoty, nie teraz, nie z tą dziewczyną. Przecież ona na pewno się nie zabezpiecza. Ja też nic przy sobie nie mam a przecież dobrze wiem do czego to doprowadzi. Praktycznie wszystkie takie znajomości kończą się niechcianą ciążą a mi się nie śpieszy do bycia tatusiem.
            Otworzyłem oczy i odepchnąłem dziewczynę od siebie. Spojrzała na mnie z wyrzutem ale ponownie się do mnie zbliżyła. Chyba nie zrozumiała przekazu. Chwyciłem ją za nadgarstki i pokręciłem głową z ironicznym uśmiechem. Jak matka, która zabrania czegoś swojemu małemu dziecku. Dziewczyna z resztą właśnie jak to dziecko wyglądała. Zrobiła obrażoną minę.
            - O co ci chodzi? – zapytała niezadowolona.
            - Nic z tego nie będzie mała. Znajdź sobie innego kolesia albo laskę jak tam wolisz. – uśmiechnąłem się do niej kpiąco – Nie jestem taki łatwy jak ty.
            - Pojebało cię? – syknęła rozłoszczona.
            - Możliwe – powiedziałem spokojnie. – Ale nie będę się z tobą pieprzył w czyimś pokoju, na imprezie, nawet nie znając twojego imienia.
            - Nadia – rzuciła pośpiesznie na co zareagowałem śmiechem.
            - Na nic nie licz, Nadia.
            - Nie to nie. Sam nie wiesz co tracisz – odpowiedziała sucho poczym odwróciła się w stronę drzwi i je otworzyła. Obejrzała się jeszcze raz do mnie.
            - Pedał – rzuciła poczym trzasnęła drzwiami i tyle ją widziałem. Jej obelga wcale mnie nie obraziła. Wręcz przeciwnie, zaśmiałem się kręcąc z niedowierzaniem głową. Co za laska. Nie chcę się z nią bzykać na imprezie i od razu ze mnie pedał. No nieźle.
            Ogarnąłem wzrokiem pokój, chcąc zostawić go wstanie nienaruszonym. Wszystko pozostało na swoim miejscu. Nie zdążyliśmy, na szczęście, narozrabiać. Ruszyłem w stronę drzwi poczym udałem się na korytarz skąd skierowałem się schodami na dół, w samo centrum imprezy. Postanowiłem jednak, że nie tknę dzisiaj więcej alkoholu. Jeżeli upiję się, kto wie co mi odbiję a laska może szybko wybaczyć mi odtrącenie. Najchętniej już bym stąd uciekł ale nie mam co ze sobą zrobić. Jestem u Marca więc będę mógł stąd wyjść tylko z nim.
            Już miałem wejść do kuchni by w spokoju spędzić resztę imprezy kiedy poczułem czyjeś ręce na moich ramionach. Nim się zorientowałem osoba która mnie złapała, przydusiła mnie brutalnie do ściany. Przez chwilę byłem tak oszołomiony, że stałem tylko jak posąg nie mogąc się ruszyć.
            - Co jest?! – warknąłem do ściany, ponieważ moja twarz była do niej przyduszona.
            - Szzz – usłyszałem cichy, kobiecy szept. Czyżby to była ta panna, której dałem kosza? Nie zrozumiała wyraźnego przekazu, że nie mam ochoty na bliższą znajomość z nią?
            Odwróciłem się gwałtownie, wyrywając z zaborczego uścisku. Spojrzałem na mojego oprawcę i zdębiałem. Mógłbym przysiąc, że przez kilka chwil świat stanął w miejscu. Przestałem słyszeć muzykę, tych wszystkich ludzi. Cokolwiek. Jedyny dźwięk docierający do moich uszu wydawało moje serce, które teraz biło w zabójczym tempie. Oparłem się o ścianę, szczęśliwy, że akurat jest pod ręką ponieważ gdyby nie ona, zapewne obaliłbym się jak długi na ziemię. Przede mną stała osoba przed którą próbuję uciekać myślami od kiedy pierwszy raz ją zobaczyłem. O której chciałem zapomnieć, wyrzucić z głowy raz na zawsze. Stała teraz przede mną i uśmiechała się uroczo.
            - Alice? – wyjąkałem zaszokowany.
            - Witaj Frankie – powiedziała. Wyczułem w jej głosie, że jest nieźle wstawiona. – Jak ci się podoba moja impreza?
            - Jak to twoja? – zapytałem zaskoczony.
            - No normalnie. Ja ją wyprawiłam. To mój dom – odrzekła po czym podniosła rękę i wskazała reprezentacyjnie na całe pomieszczenie.
            Jestem chyba największym pechowcem świata. Najpierw spodobała mi się zajęta dziewczyna i to nie przez byle kogo. Przez kolesia, który przyprawiał mnie o dreszcze samym spojrzeniem, który powodował, że zaczynam panikować chociaż nawet się odezwał. I kiedy chcę zakończyć tą znajomość, odizolować się i od niej i od jej chłopaka, ląduję na imprezie wyprawianą właśnie przez nią.
            Chwyciłem się za głowę i zaśmiałem histerycznie. Spojrzałem na nią. Stała i uśmiechała się do mnie słodko. Nie bardzo rozumiałem o co jej chodzi. Mogłem jedynie podejrzewać ale nie chciałem przyjmować tego do wiadomości. Dziewczyna poruszyła się chcąc zrobić krok w moją stronę ale straciła równowagę i runęła prosto na mnie. Chcąc, nie chcąc złapałem ją i przyciągnąłem do siebie. Nie chciałem żeby upadła i sobie coś zrobiła.
Spojrzała na mnie mętnym wzrokiem.
            - Chciałam z tobą iść na te randkę – wybełkotała. – Ale jak zwykle Gerard wszystko popsuł.
            Uniosłem brwi w geście zdziwienia. Jak to popsuł? Nie chciał, żeby jego dziewczyna umawiała się z innym. To chyba logiczne. Jeżeli była o to na niego zła to chyba z nią jest coś nie tak, a nie z nim.
            - To nie jest najlepszy pomysł Alice – rzuciłem i spróbowałem podnieść ją do pionu, jednak dziewczyna była tak spita, że wręcz przelewała mi się przez ręce. Musiałem ją stąd zabrać najlepiej do sypialni. Myślę, że na dzisiaj wystarczy jej imprezy, jeżeli nie chce wyrzygać się na środku pokoju. – Choć. Zabiorę Cię stąd.
            - A gdzie? – zapytała słodko. – Podobasz mi się Franuś.
            - Dziękuję – mruknąłem udając obojętność. Boże, dlaczego dziewczyna, której się niby podobam jest zajęta? Czemu lgnie tak do mnie, przecież ma chłopaka. CHŁOPAKA! Jezu, przecież tu jest zapewne Gerard. Na pewno imprezowali gdzieś razem. Boję się myśleć co mogłoby się stać gdyby zastał nas w takiej sytuacji. Miałem ochotę natychmiast odskoczyć od dziewczyny jak najdalej ale nie mogłem tego zrobić ponieważ kiedy ja puszczę przewróci się.
            - Alice, Gerard nie może nas zobaczyć więc błagam współpracuj ze mną – powiedziałem błagalnie.
            - Gerarda tu nie ma – zaśmiała się głośno. – Jesteśmy sami. Możemy wszystko.
            - Jak to nie ma tu Gerarda? – zapytałem ignorując ostatnią uwagę dziewczyny.
            - Nie lubi imprez a ja nie będę go zmuszać. Nie chce to nie – wzruszyła ramionami.
            - Pozwala Ci chodzić samej? – zapytałem zdziwiony.
            - Nie jest moim ojcem! – obruszyła się. – Nie rozkazuje mi.
            Nie powiem, zdziwiło mnie to. Kto puszcza swoją dziewczynę samą na takie imprezy. Nie boi się o nią? Nie boi się zdrady? Może jej ufa, może nawet za bardzo. Przecież nie była godna zaufania skoro teraz się do mnie przystawiała.
            - Alice, lepiej będzie jeżeli pójdziesz się położyć – powiedziałem niepewnie.
            - Tylko z tobą Franuś – odpowiedziała kokieteryjnie.
            - Boże – jąknąłem zrezygnowany.
            Nic nie idzie dzisiaj po mojej myśli. 


wtorek, 22 lipca 2014

I ROZDZIAŁ

Witam was serdecznie na moim blogu. To opowiadanie to nic innego jak pospolity, szkolny Frerard. Co prawda moja wyobraźnia ma w zanadrzu znacznie więcej ciekawszych pomysłów ale zdecydowałam, że na sam początek zarzucę czymś lekkostrawnym. Z góry uprzedzam osoby nastawione na krew, płacz, żyletki i głębokie depresje, że nie znajdą tu tego czego szukają. To moje pierwsze opowiadanie, które postanowiłam opublikować. Cały scenariusz jest praktycznie ułożony i skończony w mojej głowie więc przy minimalnym zainteresowaniu tym blogiem, rozdziały pojawiać się będą dosyć często. Zakładam, że tydzień czekania to będzie maksimum. 
        Macie prawo wytykać mi wszelkie błędy. Będę wręcz wdzięczna, jeżeli w ogóle podzielicie się ze mną jakąkolwiek opinią. To chyba na tyle jeżeli chodzi o ogłoszenia parafialne. Zatem miłego czytania. 



         Moja matka spojrzała na mnie krytycznie. Zmierzyła mnie od stóp do głów, wzrok zatrzymując na mojej twarzy. Wykrzywiła usta w grymasie niezadowolenia i zmrużyła oczy.
         - Jak ty wyglądasz. – prychnęła.
         - No jak? – zapytałem z lekką irytacją w głosie.
         - Jak siedem nieszczęść. – fuknęła i pokręciła znacząco głową. – Jakbyś w życiu fryzjera nie widział. Te paskudne włosy zaraz zasłonią ci całą twarz. Do tego są czarne jak u diabła.
         - Nie są paskudne. – burknąłem w odpowiedzi. Dlaczego ta kobieta zawsze czepia się mojego wyglądu? Według mnie dobrze wyglądam a przydługie, czarne włosy dodają mi charakteru. Wyglądam „jakoś”. Nie tak jak wszyscy ale tak jak ja. Nie podobają mi się krótkie włosy i nie zetnę ich nawet gdyby faktycznie przysłoniły mi całą twarz. Oczywiście matka jak zwykle przesadza ponieważ przydługa grzywka ledwo wchodzi mi na oczy. Co do koloru to owszem, są czarne. Nie z natury. Farbuję je od kilku miesięcy ponieważ mój naturalny, ciemnobrązowy kolor w ogóle mi się nie podoba. Nie pasuje do mnie. Czarny bardziej wyraża mnie. Czarny to mój kolor i nie chodzi tu tylko o włosy. Wszystkie moje ubrania są w tym kolorze i nie zamierzam tego zmieniać tym bardziej dla takiego błahego powodu jakim jest gderanie mojej matki.
         - Są idealne. – dodałem patrząc na nią z ironicznym uśmiechem. Ona już wie, że tę wojnę przegrała. Od kiedy skończyłem siedemnaście lat jestem nie do ruszenia. Nie daję się zmanipulować. Nie musi się nawet starać. Nic nie zdziała. Pokręciła ponownie głową z rezygnacją.
         - Czemu nie możesz być jak wszyscy normalni chłopcy w twoim wieku?
         - Właśnie dlatego, że nie chcę być jak wszyscy, mamo. – spojrzałem na błagalnym wzrokiem. Niech ona to wreszcie zaakceptuje. Tak, odstaję od reszty i co z tego? Tak jej zależy na tym czy sąsiadka spojrzy się na mnie krzywo, czy zacznie gadać, że ma syna dziwaka? Na tym zależy jej bardziej niż na tym co myślę i czuję ja? Oczywiście, że tak. Opinia innych jest ważniejsza niż widzimisie synka. Ehh, cóż zrobić. Z drugiej strony jednak bawiła mnie. Jej niezadowolone i naburmuszone spojrzenia jak u pięciolatki, która nie może ubrać swojej lalki tak jak jej się podoba. Wybacz mamo, nie jestem laleczką na pokaz.
         - Te buty, te kolory, muzyka której słuchasz. Nie tak cię wychowałam. – jęknęła.
         Tak, to prawda. Wychowywała mnie za grzecznego chłopca, chodzącego co niedzielę do kościoła, ubranego w koszulę w kratę i sztruksowe spodnie, który chętnie chodził do szkoły by z radością i uśmiechem na twarzy poszerzał swoją wiedzę. Cóż. Nieco odstawałem od jej ideałów. Zamiast lakierków na moich nogach widniały ciężkie, czarne glany, kraciaste koszule zastępowały koszulki z zespołami lub najzwyklejsze czarne t-shirty a sztruksy; ciemne, przyległe spodnie. Do szkoły chodziłem z konieczności, często zrywając się z nudniejszych przedmiotów lub w moim mniemaniu, nie przydających się w przyszłym życiu. Do kościoła również nie chodzę. Pamiętam jak ogłosiłem matce, że jestem ateistą. Mało nie zeszła na zawał. Po wielu prośbach i groźbach dała sobie spokój choć nie raz jeszcze próbowała mnie nawrócić. Komiczna postać w moim życiu ta moja matka ale kocham ją mimo wszystko, nad życie. Kochana z niej kobieta. Dba o mnie, rozpieszcza mnie. Przymyka oczy na moje wszelkiego rodzaju wybryki. Cóż, to właśnie moja kochana mamusia kupiła mi moje upragnione glany, na które teraz tak narzeka. No ale synek chciał a dobra mama kupiła. Spełniła kolejną zachciankę synka. Na lepszą matkę nie mogłem trafić.
         - I tak mnie kochasz mamuś. – uśmiechnąłem się do niej rozbrajająco i już widziałam, że jest urobiona. Pokiwała tylko z rezygnacją głową.
         - No kocham, kocham. Oczywiście. Jesteś moim jedynym, kochanym synkiem. – powiedziała słodko a ja obdarzyłem ją jeszcze szerszym uśmiechem, który tak kocha.
         Staliśmy w korytarzu. Dopiero co wróciłem ze szkoły. Matka przywitała mnie krótkim dzieńdobry po czym zabrała się za krytykowanie mojego wyglądu. Teraz kiedy kolejne kazanie skończyło się pokojowo, zabrałem się za rozwiązywanie moich piętnasto dziurkowych glanów. Ściągnięcie takich butów nie należy do najłatwiejszych czynności.
         - Czekaj, czekaj. Nie tak szybko. – wtrąciła matka a ja spojrzałem na nią ze zdziwieniem. – Nie ściągaj butów. Załatwisz coś dla mnie.
         - Znowu się mną wysługujesz? – zaśmiałem się.
         - Ach tak? W takim razie ja wyjdę a ty ugotujesz obiad. – uśmiechnęła się do mnie ze słodką ironią. Oj, nie. Ja i gotowanie to złe połączenie. Wszyscy otruliby się nawet gdybym miał zrobić zupki chińskie. Jedyne co w kuchni umiem zrobić to zagotować wodę i zrobić sobie kanapki. No i w robieniu płatków byłem mistrzem. Najprostsze i najszybsze śniadanie. Cóż, zostaję mi więc wykonanie polecenia mamy. Spojrzałem na nią wyczekująco.
         - Więc kochany, pójdziesz do tej nowo otwartej cukierni i odbierzesz zamówione ciasto.
         - Ciasto?  Uroczo. Po takie przesyłki mogę chodzić codziennie.
         - Nie ciesz się tak. – zaśmiała się. – To ciasto nie jest dla ciebie. Jutro z ojcem mamy rocznicę więc sam rozumiesz.
         - Ach, no tak. – mruknąłem zawiedziony. Ominie mnie zapewne jakiś dobry tort. – A co ze mną?
         - Z tobą? Myślę, że kupisz sobie czekoladę i ci wystarczy.
         - Ale co mam jutro ze sobą zrobić? Przecież nie będę tu z wami siedział w hmm - poszukałem w głowie odpowiedniego słowa. - w wasz dzień. 
         - Chyba przenocujesz u babci.
         - Tylko nie to…
         - Jak masz jakieś inne plany to droga wolna. Teraz idź już bo zamkną tę cukiernię. 
         Wstałem zrezygnowany i ruszyłem do drzwi. Zabrałem słuchawki i opuściłem dom po drodze mijając się z ojcem.
         - Cześć Frankie. – zagadnął wesoło. – Gdzie tak lecisz?
         - Idę do eee… - zauważyłem, że matka wychyla się z kuchni i kręci głową. Czyli ciastko było niespodzianką albo ściemą, że niby moja rodzicielka tak wspaniale piecze. Tak czy siak musiałem coś wymyślić.
         - Idę do Marca. – rzuciłem.
         - To miłego. – usłyszałem tylko w odpowiedzi i drzwi do domu zamknęły się za mną.
         Włączyłem pierwszą lepszą piosenkę z mojej playlisty i ruszyłem przed siebie prosto do cukierni, całkowicie zatracając się w muzyce.


Nawet nie zauważyłem kiedy stanąłem pod szklanymi drwami na, których napis „Cukiernia Emmy” głosił, że dotarłem do celu mojej wyprawy. Wyciągnąłem słuchawki z uszu poczym wszedłem do środka. Towarzyszył temu cichy dźwięk dzwoneczka informujący iż kolejny klient zawitał do lokalu. Rozejrzałem się po pomieszczeniu. Nie za duże, przytulne. Ściany w kolorze pudrowego różu, stoliki miodowo- brązowe. Na ścianach wiszące obrazy różnego rodzaju ciast i deserów. To miejsce było tak słodkie, że zbierało mi się na pawia. Za ladą siedziała kobieta, mogła mieć lekko po czterdziestce. Miała na sobie białą koszulę na którą narzucony był różowy fartuszek z logo cukierni. Zajęta była czytaniem jakiejś gazety, teraz jednak przyglądała mi się ciekawsko. Przy stolikach siedziało parę osób ale nie zwróciłem na nie szczególnej uwagi. Podszedłem do lady i uprzednio witając się z kobietą i podałem jej paragon na którym było zamówienie.
         - Sprawdzę na zapleczu czy zamówienie jest już gotowe. – mruknęła, po czym zniknęła za drzwiami prowadzącymi prawdopodobnie na zaplecze.
Oparłem się znudzony o ladę i wzrokiem omiotłem salę. Moją uwagę przykuła dziewczyna siedząca samotnie pod oknem. Była bardzo szczupła, można by było powiedzieć, że nawet chuda. Miała czarne włosy sięgające do ramion i grzywkę ściętą na prosto, które kończyła się tuż nad linią brwi. Oczy podkreśliła eyelinerem oraz mocno wytuszowała rzęsy sprawiając, że jej oczy wydawały się znacznie większe i ciemniejsze. Koloru tęczówek nie mogłem dostrzec gdyż znajdowałem się za daleko. Dziewczyna ubrana była w czarną koszulę, czerwone, obcisłe rurki. Na nogach miała również czerwone trampki z białymi sznurowadłami. Wyglądała na prawdę nieźle. Miała wyczucie stylu. Mógłbym tak na nią patrzeć pewnie jeszcze przez godzinę ale do rzeczywistości przywróciło mnie nerwowe chrząknięcie za moimi plecami. Odwróciłem się. Sprzedawczyni stała z podirytowaną miną, trzymając w dłoniach spore pudło w którym zapewne znajdowało się rocznicowe ciasto. Wziąłem je od niej i podziękowałem na co w odpowiedzi usłyszałem ciche mruknięcie znudzenia i kobieta znów zniknęła za drzwiami. Chyba ma dzisiaj zły dzień albo zawsze jest taka w stosunku do klientów. Cóż, z takim podejściem nie będzie miała za dużego obrotu. Może chociaż ciasta są warte tego stękania, chociaż i tak się tego nie dowiem ponieważ nie dostanę ani kawałka. Odwróciłem się w stronę wyjścia z zamieram opuszczenia lokalu kiedy drogę zatarasowała mi dziewczyna, której kilka chwil wcześniej się przyglądałem. Stała przede mną i dopiero teraz mogłem zobaczyć jaki kolor mają jej oczy. Mianowicie był to chłodny błękit, tak jasny i tak głęboki jak ocean w którym można się utopić. I ja właśnie zrobiłem to samo, tonąc w jej spojrzeniu. Dziewczyna zamrugała gwałtownie przykrywając błękit swoimi długimi i czarnymi rzęsami. To przywróciło mnie na ziemię. Chciałem ją minąć, żeby nie tarasować przejścia kiedy po raz kolejny nastąpiła mi drogę. Spojrzała na mnie wymownie i uśmiechnęła się słodko.
         - Cześć. – powiedziała wesoło.
         - Eee… Cześć. – wyjąkałem. Kurde, chyba chciała przejść a ja stoję jak debil i jej to utrudniam. Zrobiłem mały krok w bok chcąc ją wyminąć. – Przepraszam.
         - Przepraszam? – zaskoczona uniosła brwi. – Najpierw przyglądasz mi się a jak do ciebie podchodzę to uciekasz?
         - Myślałem że chcesz przejść. – odpowiedziałem zażenowany. Brawo Frank, ty debilu. Super laska sama do ciebie podchodzi a ty zamiast to wykorzystać uciekasz.
         - Ehh, nieważne. – machnęła ręką rozbawiona. – Jestem Alice.
         - Frank. – wyjąkałem. Zrobię z siebie debila jak zwykle jeżeli zaraz się nie ogarnę. Ale ta dziewczyna ma coś w sobie co sprawia, że zaczynam tracić język.
         - Miło mi Frank. – uśmiechnęła się do mnie wesoło. – Często tu przychodzisz? Nie widziałam cię wcześniej.
         - Szczerzę mówiąc jestem tu pierwszy raz. Na ogół nie przesiaduję w takich miejscach. Przyszedłem tylko odebrać zamówienie. – pokazałem jej pudło z ciastkiem.
         - No widzę, że będzie wielkie żarcie. – roześmiała się.
         - Niestety ale to nie dla mnie. – westchnąłem zawiedziony. – Rodzice mają rocznicę i robią balety, niestety nie jestem zaproszony.
         - Ooo i ominie cię to wielkie ciacho. – zaśmiała się. – Żałuj bo ciastka stąd są świetne.
         - Wypadałoby. Patrząc na obsługę…- przerwałem i odwróciłem się za siebie. Nie chciałem, żeby obgadywana ekspedientka usłyszała co sadzę na jej temat. – Nie jest za miła.
         - Oj, tak. Ta wiedźma jest straszna. – zgodziła się ze mną Alice. – Ale ciastka robi znakomite i jeszcze lepszą kawę. Rekompensuje wszystkie marudzenie. Jestem stałym bywalcem tego miejsca. Otwarcie tej cukierni to najlepsze co mnie ostatnio spotkało.
         - Serio? – otwarcie cukierni tak ją cieszy?
         - Serio, serio. – zaśmiała się. – Jestem wielbicielem kawy i ciastek. Nie widać tego po mnie. W sumie nie wiem czemu. Na to co ja jem powinnam ważyć dwa albo nawet trzy razy więcej.
         Teraz i ja się zaśmiałem. Faktycznie, jak na takiego smakosza Alice była zdecydowanie za chuda. Wręcz przeciwnie, wyglądała jakby nie jadła przez tydzień a tu proszę. Kto by się spodziewał .Widocznie ma dobre geny.
         - Wiesz co? – zachichotała. – Powinieneś spróbować tego ciasta. – wskazała palcem pierwszą pozycję w menu, które leżało na ladzie. Wyglądało to całkiem smakowicie ale niestety nie miałem, ani czasu ani pieniędzy.
         - Z chęcią ale nie dzisiaj. – powiedziałem zrezygnowany. – Muszę dostarczyć to zamówienie mojej matce. Dzisiaj robię za gońca.
         Dziewczyna zrobiła zawiedzioną minę. Czyżby chciała żebym z nią został i zjadł to ciastko przy niej? Przecież nie robiła by takiego zachodu o zwykłe ciastko. „Frank debilu, wykorzystaj to”. Szeptała mi moja podświadomość. „Dziewczyna sama do ciebie podeszła, zaproś ją gdzieś”.  W sumie czemu nie. Alice sama zainicjowała naszą rozmowę i wszystko wskazywało na to, że ma ochotę mnie poznać. Co mi szkodzi. Raz kozie śmierć.
         - Ale… - zacząłem nieśmiało. Alice spojrzała na mnie zaciekawiona. – Może moglibyśmy spotkać się na spokojnie kiedy nie będę już zmuszany do niewolniczej pracy.
         Na twarzy Alice pojawiło się coś na wyraz przerażenia. O nie. Czyli jednak źle zinterpretowałem jej zachowanie. Ośmieszyłem się tą propozycją. Brawo Frank, idioto. Dziewczyna zaczęła się nerwowo rozglądać. Zwątpiłem. Co ona robi. Wbiła wzrok w stolik przy którym siedziała. Ja też skierowałem tak moje spojrzenie i poczułem, że coś wbija mnie w ziemię. Nie była tu sama. Dwa rozłożone krzesła. Dwa talerze w jej dłoni, dwie szklanki. No tak, tylko z kim tu była. Z koleżanką, z mamą, z … chłopakiem. Znając moje szczęście na pewno to ostatnie. Alice znowu spojrzała na mnie. Uśmiechnęła się nerwowo.
         - Jasne Frank. – znów obejrzała się za siebie. – Chętnie poszłabym z tobą…
         Nie dokończyła. Otworzyła szeroko usta z przerażeniem wymalowanym na twarzy. Oczy szeroko otworzyła i wpatrywała się w jakiś punkt za mną. Zrobiłem zdziwioną minę.
         - Gdzie? – odezwał się obcy głos tuż za moimi plecami. Niemalże podskoczyłem ze strachu. Odwróciłem się gwałtownie za siebie. Stał przede mną chłopak. Nieco wyższy ode mnie ale to raczej norma. Prawie każdy jest wyższy ode mnie. Ubrany był cały na czarno. Miał na sobie T- Shirt jakiegoś zespołu ale nie mogłem dostrzec całej nazwy ponieważ na sobie narzuconą miał skórzana kurtkę, która przysłaniała większość napisu. Na nogach miał czarne, przyległe spodnie i glany. Nie powiem, nieźle był ubrany. Podobny styl do mojego. Teraz jednak wpatrywałem się z przerażeniem w jego twarz. Ciemne, długie włosy opadały mu na twarz, przez co prawdopodobnie wiecznie je poprawiał. Skąd ja to znam. Bardzo kontrastowało to wszystko z jego bladą ja papier cerą. Jego zielone oczy wpatrywały się w mnie beznamiętnie. Chłopak jednym słowem wyglądał strasznie intrygująco i lekko przerażająco za razem. Przynajmniej w takiej sytuacji kiedy odwracasz się przestraszony i widzisz kogoś takiego tuż za sobą. Czułem, że również otwieram usta oraz oczy, szeroko, tak że czułem iż zaraz mi wypadną. Prawdopodobnie miałem taką samą minę jak Alice. To jest zapewne jej chłopak. Och, Frank ty szczęściarzu. Lepiej zwijaj się szybko bo jeszcze oberwiesz od niego za podrywanie jego dziewczyny. Chłopak nie zwracając na mnie uwagi podszedł do dziewczyny i objął ją ramieniem. To chyba przywróciło ją do rzeczywistości ponieważ wyrwała się i odsunęła od niego. Spojrzał na nią tylko rozbawiony i uniósł jedną brew do góry jakby zadawał nieme pytanie o co jej chodzi. Jego wzrok skierował się na mnie a ja miałem ochotę wybiec stąd jak najszybciej z krzykiem.
         - O czym rozmawiacie? – zapytał sucho a ja wiedziałem, że nie będę w stanie wydusić z siebie słowa. Lepiej niech Alice zacznie gadać. W końcu to jej chłopak.
         - O niczym ważnym. – powiedziała szybko. Jak dla mnie nawet za szybko. – To tylko znajomy. Wpadł na mnie kiedy odnosiłam talerze.
         Ściągnąłem zdziwiony brwi. Co jak co, ale to Alice właśnie na mnie wpadła i to całkowicie specjalnie, nie na odwrót. Chłopak spojrzał na mnie zaciekawiony.
         - Doprawdy? – zapytał mnie ale ja nie miałem siły nic odpowiedzieć.
         - Tak! – rzuciła szybko Alice jakby nie chciała mnie dopuścić do głosu. Mam milczeć? Mogę za dużo powiedzieć? To i tak bez znaczenia ponieważ w tym momencie całkowicie odpuszczam sobie ta znajomość. Teraz tylko muszę stąd szybko wyjść.
         - Może przedstawisz mi swojego nowego znajomego w takim razie? – spojrzał na mnie i się uśmiechnął ale to chyba nie był przyjazny uśmiech. Raczej ironiczny. Byłem zbyt zdenerwowany i zażenowany cała sytuacją, żeby się nad tym zastanawiać.
         - Eee… - zaczęła zdenerwowana Alice. Widać było, że nie była zadowolona z takiego obrotu sytuacji.
          – To jest Frank… - wyjąkała, wskazując na mnie. – A to jest Gerard… yyy… mój…
         CHŁOPAK. To słowo obijało się w mojej czaszce mimo, że nie zostało wypowiedziane na głos ponieważ Gerard nie dając dokończyć dziewczynie wypowiedzi, wyciągnął do mnie rękę.
         - Gerard. – z jego twarzy wciąż nie schodził ten ironiczny uśmieszek. Chyba wiedział, że się go boję. Nie uważał mnie pewnie za konkurencję, co jak co ale ja akurat w niczym nie mogę się równać z tym chłopakiem. Przełknąłem nerwowo ślinę.
         - Frank. – wymamrotałem pod nosem i opuściłem głowę dając włosom przysłonić moją twarz. Sam podniosłem nieśmiało drżącą dłoń. Byłem pewny, że i on i Alice to wdzieli. Trzęsły mi się ręce. Od kiedy pamiętam, kiedy jestem zdenerwowany cały się trzęsę i śmieję nerwowo. Uścisnął moją chudą dłoń. Jego była zimna jak lód, jakby krew w ogóle tam nie dopływała. Przeszedł mnie dreszcz. Kilka sekund dłużyło mi się niczym godziny i kiedy w końcu mnie puścił poczułem, że zaraz zemdleję. Muszę stąd szybko wyjść inaczej zejdę na zawał. Myślałem, że to przy Alice brakuje mi słów ale to przy jej chłopaku jestem jeszcze bardziej zdenerwowany. Wziąłem głęboki wdech. Dalej musisz coś zrobić. Nie możesz tu dużej zostać i robić z siebie pajaca. Zebrałem się w
sobie by wreszcie coś powiedzieć.
         - Lepiej jak już pójdę. – ze wszystkich sił starałem się żeby mój głos brzmiał normalnie. Spojrzałem na Alice. Miała zawiedzioną minę ale nic nie powiedziała. Pewnie przez Gerarda. Może naprawdę liczyła na tę znajomość? Nie ważne. Ja się nie bawię w podrywanie zajętych lasek, tym bardziej jeżeli jej chłopak przyprawia mnie o palpitację serca.
         - To pa, Frank. – mruknęła smutna.
         - Cześć. Miło było cię poznać Alice. – odpowiedziałem i spojrzałem na Gerarda. Wciąż wpatrywał się we mnie beznamiętnie. – Ciebie też, Gerard.
         Na jego twarzy zagościło coś na wyraz zdziwienia. Cóż, nie wypadało tak odejść bez niczego. Kultura.
         - Mi również. – powiedział i zaciekawiony przekręcił delikatnie głowę wpatrując się we mnie. O Jezu, nie wytrzymam. Muszę jak najszybciej stąd wyjść.
         - Może się jeszcze kiedyś zobaczymy. – szepnęła cicho dziewczyna. Reakcja Gerarda była natychmiastowa. Spiął się cały. Spojrzenie skierował na dziewczynę. Był wyraźnie zdenerwowany. Przyciągnął Alice do siebie bezapelacyjnie i mocno zdusił. Niby miało być to przytulenie ale wiedziałem, że Alice oberwie się za te słowa. Nie chcąc być dłużej światkiem tej sceny odsunąłem się od nich i powędrowałem do drzwi.
         - Może. – rzuciłem po raz ostatni odwracając się do dziewczyny i jej chłopaka. Uśmiechnąłem się słabo. Wiem, że skłamałem. Już nigdy się nie spotkamy. Odpuszczam sobie Alice. Nie będę się narażać jej chłopakowi. O nie.
         
Wyszedłem z cukierni i oparłem się o szybę. Poczułem niewyobrażalną ulgą. Będąc sam mogłem się trochę uspokoić. Spojrzałem jeszcze przez okno do cukierni. Alice stała ze złożonymi rękami i spuszczoną głową a Gerard wyraźnie podirytowany tłumaczył jej coś gestykulując przy tym. Ale to już mnie nie obchodzi. Nie moja sprawa. Wzruszyłem ramionami. Włożyłem słuchawki do uszu i włączyłem muzykę. Odwróciłem się tyłem do cukierni i ruszyłem do domu niosąc rocznicowe ciasto rodziców.