Witam was serdecznie na moim
blogu. To opowiadanie to nic innego jak pospolity, szkolny Frerard. Co prawda
moja wyobraźnia ma w zanadrzu znacznie więcej ciekawszych pomysłów ale
zdecydowałam, że na sam początek zarzucę czymś lekkostrawnym. Z góry uprzedzam
osoby nastawione na krew, płacz, żyletki i głębokie depresje, że nie
znajdą tu tego czego szukają. To moje pierwsze opowiadanie, które postanowiłam
opublikować. Cały scenariusz jest praktycznie ułożony i skończony w
mojej głowie więc przy minimalnym zainteresowaniu tym blogiem, rozdziały
pojawiać się będą dosyć często. Zakładam, że tydzień czekania to będzie
maksimum.
Macie prawo wytykać mi wszelkie błędy. Będę wręcz
wdzięczna, jeżeli w ogóle podzielicie się ze mną jakąkolwiek opinią. To chyba
na tyle jeżeli chodzi o ogłoszenia parafialne. Zatem miłego czytania.
Moja matka spojrzała na mnie
krytycznie. Zmierzyła mnie od stóp do głów, wzrok zatrzymując na mojej twarzy.
Wykrzywiła usta w grymasie niezadowolenia i zmrużyła oczy.
- Jak ty wyglądasz. – prychnęła.
- No jak? – zapytałem z lekką irytacją
w głosie.
- Jak siedem nieszczęść. – fuknęła i
pokręciła znacząco głową. – Jakbyś w życiu fryzjera nie widział. Te paskudne
włosy zaraz zasłonią ci całą twarz. Do tego są czarne jak u diabła.
- Nie są paskudne. – burknąłem w
odpowiedzi. Dlaczego ta kobieta zawsze czepia się mojego wyglądu? Według mnie
dobrze wyglądam a przydługie, czarne włosy dodają mi charakteru. Wyglądam
„jakoś”. Nie tak jak wszyscy ale tak jak ja. Nie podobają mi się krótkie włosy
i nie zetnę ich nawet gdyby faktycznie przysłoniły mi całą twarz. Oczywiście
matka jak zwykle przesadza ponieważ przydługa grzywka ledwo wchodzi mi na oczy.
Co do koloru to owszem, są czarne. Nie z natury. Farbuję je od kilku miesięcy
ponieważ mój naturalny, ciemnobrązowy kolor w ogóle mi się nie podoba. Nie
pasuje do mnie. Czarny bardziej wyraża mnie. Czarny to mój kolor i nie chodzi
tu tylko o włosy. Wszystkie moje ubrania są w tym kolorze i nie zamierzam tego
zmieniać tym bardziej dla takiego błahego powodu jakim jest gderanie mojej
matki.
- Są idealne. – dodałem patrząc na nią
z ironicznym uśmiechem. Ona już wie, że tę wojnę przegrała. Od kiedy skończyłem
siedemnaście lat jestem nie do ruszenia. Nie daję się zmanipulować. Nie musi
się nawet starać. Nic nie zdziała. Pokręciła ponownie głową z rezygnacją.
- Czemu nie możesz być jak wszyscy
normalni chłopcy w twoim wieku?
- Właśnie dlatego, że nie chcę być jak
wszyscy, mamo. – spojrzałem na błagalnym wzrokiem. Niech ona to wreszcie
zaakceptuje. Tak, odstaję od reszty i co z tego? Tak jej zależy na tym czy
sąsiadka spojrzy się na mnie krzywo, czy zacznie gadać, że ma syna dziwaka? Na
tym zależy jej bardziej niż na tym co myślę i czuję ja? Oczywiście, że tak.
Opinia innych jest ważniejsza niż widzimisie synka. Ehh, cóż zrobić. Z drugiej
strony jednak bawiła mnie. Jej niezadowolone i naburmuszone spojrzenia jak u
pięciolatki, która nie może ubrać swojej lalki tak jak jej się podoba. Wybacz
mamo, nie jestem laleczką na pokaz.
- Te buty, te kolory, muzyka której
słuchasz. Nie tak cię wychowałam. – jęknęła.
Tak, to prawda. Wychowywała mnie za
grzecznego chłopca, chodzącego co niedzielę do kościoła, ubranego w koszulę w
kratę i sztruksowe spodnie, który chętnie chodził do szkoły by z radością i
uśmiechem na twarzy poszerzał swoją wiedzę. Cóż. Nieco odstawałem od jej
ideałów. Zamiast lakierków na moich nogach widniały ciężkie, czarne glany,
kraciaste koszule zastępowały koszulki z zespołami lub najzwyklejsze czarne t-shirty
a sztruksy; ciemne, przyległe spodnie. Do szkoły chodziłem z konieczności,
często zrywając się z nudniejszych przedmiotów lub w moim mniemaniu, nie
przydających się w przyszłym życiu. Do kościoła również nie chodzę. Pamiętam
jak ogłosiłem matce, że jestem ateistą. Mało nie zeszła na zawał. Po wielu
prośbach i groźbach dała sobie spokój choć nie raz jeszcze próbowała mnie
nawrócić. Komiczna postać w moim życiu ta moja matka ale kocham ją mimo
wszystko, nad życie. Kochana z niej kobieta. Dba o mnie, rozpieszcza mnie.
Przymyka oczy na moje wszelkiego rodzaju wybryki. Cóż, to właśnie moja kochana
mamusia kupiła mi moje upragnione glany, na które teraz tak narzeka. No ale
synek chciał a dobra mama kupiła. Spełniła kolejną zachciankę synka. Na lepszą
matkę nie mogłem trafić.
- I tak mnie kochasz mamuś. –
uśmiechnąłem się do niej rozbrajająco i już widziałam, że jest urobiona.
Pokiwała tylko z rezygnacją głową.
- No kocham, kocham. Oczywiście.
Jesteś moim jedynym, kochanym synkiem. – powiedziała słodko a ja obdarzyłem ją
jeszcze szerszym uśmiechem, który tak kocha.
Staliśmy w korytarzu. Dopiero co
wróciłem ze szkoły. Matka przywitała mnie krótkim dzieńdobry po czym zabrała
się za krytykowanie mojego wyglądu. Teraz kiedy kolejne kazanie skończyło się
pokojowo, zabrałem się za rozwiązywanie moich piętnasto dziurkowych glanów.
Ściągnięcie takich butów nie należy do najłatwiejszych czynności.
- Czekaj, czekaj. Nie tak szybko. –
wtrąciła matka a ja spojrzałem na nią ze zdziwieniem. – Nie ściągaj butów.
Załatwisz coś dla mnie.
- Znowu się mną wysługujesz? –
zaśmiałem się.
- Ach tak? W takim razie ja wyjdę a ty
ugotujesz obiad. – uśmiechnęła się do mnie ze słodką ironią. Oj, nie. Ja i
gotowanie to złe połączenie. Wszyscy otruliby się nawet gdybym miał zrobić
zupki chińskie. Jedyne co w kuchni umiem zrobić to zagotować wodę i zrobić
sobie kanapki. No i w robieniu płatków byłem mistrzem. Najprostsze i najszybsze
śniadanie. Cóż, zostaję mi więc wykonanie polecenia mamy. Spojrzałem na nią
wyczekująco.
- Więc kochany, pójdziesz do tej nowo
otwartej cukierni i odbierzesz zamówione ciasto.
- Ciasto? Uroczo. Po takie przesyłki mogę
chodzić codziennie.
- Nie ciesz się tak. – zaśmiała się. –
To ciasto nie jest dla ciebie. Jutro z ojcem mamy rocznicę więc sam rozumiesz.
- Ach, no tak. – mruknąłem
zawiedziony. Ominie mnie zapewne jakiś dobry tort. – A co ze mną?
- Z tobą? Myślę, że kupisz sobie
czekoladę i ci wystarczy.
- Ale co mam jutro ze sobą zrobić?
Przecież nie będę tu z wami siedział w hmm - poszukałem w głowie odpowiedniego
słowa. - w wasz dzień.
- Chyba przenocujesz u babci.
- Tylko nie to…
- Jak masz jakieś inne plany to droga
wolna. Teraz idź już bo zamkną tę cukiernię.
Wstałem zrezygnowany i ruszyłem do
drzwi. Zabrałem słuchawki i opuściłem dom po drodze mijając się z ojcem.
- Cześć Frankie. – zagadnął wesoło. –
Gdzie tak lecisz?
- Idę do eee… - zauważyłem, że matka
wychyla się z kuchni i kręci głową. Czyli ciastko było niespodzianką albo
ściemą, że niby moja rodzicielka tak wspaniale piecze. Tak czy siak musiałem
coś wymyślić.
- Idę do Marca. – rzuciłem.
- To miłego. – usłyszałem tylko w
odpowiedzi i drzwi do domu zamknęły się za mną.
Włączyłem pierwszą lepszą piosenkę z
mojej playlisty i ruszyłem przed siebie prosto do cukierni, całkowicie
zatracając się w muzyce.
Nawet
nie zauważyłem kiedy stanąłem pod szklanymi drwami na, których napis „Cukiernia
Emmy” głosił, że dotarłem do celu mojej wyprawy. Wyciągnąłem słuchawki z uszu
poczym wszedłem do środka. Towarzyszył temu cichy dźwięk dzwoneczka informujący
iż kolejny klient zawitał do lokalu. Rozejrzałem się po pomieszczeniu. Nie za
duże, przytulne. Ściany w kolorze pudrowego różu, stoliki miodowo- brązowe. Na
ścianach wiszące obrazy różnego rodzaju ciast i deserów. To miejsce było tak
słodkie, że zbierało mi się na pawia. Za ladą siedziała kobieta, mogła mieć
lekko po czterdziestce. Miała na sobie białą koszulę na którą narzucony był
różowy fartuszek z logo cukierni. Zajęta była czytaniem jakiejś gazety, teraz
jednak przyglądała mi się ciekawsko. Przy stolikach siedziało parę osób ale nie
zwróciłem na nie szczególnej uwagi. Podszedłem do lady i uprzednio witając się
z kobietą i podałem jej paragon na którym było zamówienie.
- Sprawdzę na zapleczu czy zamówienie
jest już gotowe. – mruknęła, po czym zniknęła za drzwiami prowadzącymi
prawdopodobnie na zaplecze.
Oparłem
się znudzony o ladę i wzrokiem omiotłem salę. Moją uwagę przykuła dziewczyna
siedząca samotnie pod oknem. Była bardzo szczupła, można by było powiedzieć, że
nawet chuda. Miała czarne włosy sięgające do ramion i grzywkę ściętą na prosto,
które kończyła się tuż nad linią brwi. Oczy podkreśliła eyelinerem oraz mocno
wytuszowała rzęsy sprawiając, że jej oczy wydawały się znacznie większe i
ciemniejsze. Koloru tęczówek nie mogłem dostrzec gdyż znajdowałem się za
daleko. Dziewczyna ubrana była w czarną koszulę, czerwone, obcisłe rurki. Na
nogach miała również czerwone trampki z białymi sznurowadłami. Wyglądała na
prawdę nieźle. Miała wyczucie stylu. Mógłbym tak na nią patrzeć pewnie jeszcze
przez godzinę ale do rzeczywistości przywróciło mnie nerwowe chrząknięcie za
moimi plecami. Odwróciłem się. Sprzedawczyni stała z podirytowaną miną,
trzymając w dłoniach spore pudło w którym zapewne znajdowało się rocznicowe
ciasto. Wziąłem je od niej i podziękowałem na co w odpowiedzi usłyszałem ciche
mruknięcie znudzenia i kobieta znów zniknęła za drzwiami. Chyba ma dzisiaj zły
dzień albo zawsze jest taka w stosunku do klientów. Cóż, z takim podejściem nie
będzie miała za dużego obrotu. Może chociaż ciasta są warte tego stękania,
chociaż i tak się tego nie dowiem ponieważ nie dostanę ani kawałka. Odwróciłem
się w stronę wyjścia z zamieram opuszczenia lokalu kiedy drogę zatarasowała mi
dziewczyna, której kilka chwil wcześniej się przyglądałem. Stała przede mną i
dopiero teraz mogłem zobaczyć jaki kolor mają jej oczy. Mianowicie był to
chłodny błękit, tak jasny i tak głęboki jak ocean w którym można się utopić. I
ja właśnie zrobiłem to samo, tonąc w jej spojrzeniu. Dziewczyna zamrugała
gwałtownie przykrywając błękit swoimi długimi i czarnymi rzęsami. To
przywróciło mnie na ziemię. Chciałem ją minąć, żeby nie tarasować przejścia
kiedy po raz kolejny nastąpiła mi drogę. Spojrzała na mnie wymownie i
uśmiechnęła się słodko.
- Cześć. – powiedziała wesoło.
- Eee… Cześć. – wyjąkałem. Kurde,
chyba chciała przejść a ja stoję jak debil i jej to utrudniam. Zrobiłem mały
krok w bok chcąc ją wyminąć. – Przepraszam.
- Przepraszam? – zaskoczona uniosła
brwi. – Najpierw przyglądasz mi się a jak do ciebie podchodzę to uciekasz?
- Myślałem że chcesz przejść. –
odpowiedziałem zażenowany. Brawo Frank, ty debilu. Super laska sama do ciebie
podchodzi a ty zamiast to wykorzystać uciekasz.
- Ehh, nieważne. – machnęła ręką
rozbawiona. – Jestem Alice.
- Frank. – wyjąkałem. Zrobię z siebie
debila jak zwykle jeżeli zaraz się nie ogarnę. Ale ta dziewczyna ma coś w sobie
co sprawia, że zaczynam tracić język.
- Miło mi Frank. – uśmiechnęła się do
mnie wesoło. – Często tu przychodzisz? Nie widziałam cię wcześniej.
- Szczerzę mówiąc jestem tu pierwszy
raz. Na ogół nie przesiaduję w takich miejscach. Przyszedłem tylko odebrać
zamówienie. – pokazałem jej pudło z ciastkiem.
- No widzę, że będzie wielkie żarcie.
– roześmiała się.
- Niestety ale to nie dla mnie. –
westchnąłem zawiedziony. – Rodzice mają rocznicę i robią balety, niestety nie
jestem zaproszony.
- Ooo i ominie cię to wielkie ciacho.
– zaśmiała się. – Żałuj bo ciastka stąd są świetne.
- Wypadałoby. Patrząc na obsługę…-
przerwałem i odwróciłem się za siebie. Nie chciałem, żeby obgadywana
ekspedientka usłyszała co sadzę na jej temat. – Nie jest za miła.
- Oj, tak. Ta wiedźma jest straszna. –
zgodziła się ze mną Alice. – Ale ciastka robi znakomite i jeszcze lepszą kawę.
Rekompensuje wszystkie marudzenie. Jestem stałym bywalcem tego miejsca.
Otwarcie tej cukierni to najlepsze co mnie ostatnio spotkało.
- Serio? – otwarcie cukierni tak ją
cieszy?
- Serio, serio. – zaśmiała się. –
Jestem wielbicielem kawy i ciastek. Nie widać tego po mnie. W sumie nie wiem
czemu. Na to co ja jem powinnam ważyć dwa albo nawet trzy razy więcej.
Teraz i ja się zaśmiałem. Faktycznie,
jak na takiego smakosza Alice była zdecydowanie za chuda. Wręcz przeciwnie,
wyglądała jakby nie jadła przez tydzień a tu proszę. Kto by się spodziewał
.Widocznie ma dobre geny.
- Wiesz co? – zachichotała. – Powinieneś
spróbować tego ciasta. – wskazała palcem pierwszą pozycję w menu, które leżało
na ladzie. Wyglądało to całkiem smakowicie ale niestety nie miałem, ani czasu
ani pieniędzy.
- Z chęcią ale nie dzisiaj. –
powiedziałem zrezygnowany. – Muszę dostarczyć to zamówienie mojej matce.
Dzisiaj robię za gońca.
Dziewczyna zrobiła zawiedzioną minę.
Czyżby chciała żebym z nią został i zjadł to ciastko przy niej? Przecież nie
robiła by takiego zachodu o zwykłe ciastko. „Frank debilu, wykorzystaj to”.
Szeptała mi moja podświadomość. „Dziewczyna sama do ciebie podeszła, zaproś ją
gdzieś”. W sumie czemu nie.
Alice sama zainicjowała naszą rozmowę i wszystko wskazywało na to, że ma ochotę
mnie poznać. Co mi szkodzi. Raz kozie śmierć.
- Ale… - zacząłem nieśmiało. Alice
spojrzała na mnie zaciekawiona. – Może moglibyśmy spotkać się na spokojnie
kiedy nie będę już zmuszany do niewolniczej pracy.
Na twarzy Alice pojawiło się coś na
wyraz przerażenia. O nie. Czyli jednak źle zinterpretowałem jej zachowanie.
Ośmieszyłem się tą propozycją. Brawo Frank, idioto. Dziewczyna zaczęła się
nerwowo rozglądać. Zwątpiłem. Co ona robi. Wbiła wzrok w stolik przy którym
siedziała. Ja też skierowałem tak moje spojrzenie i poczułem, że coś wbija mnie
w ziemię. Nie była tu sama. Dwa rozłożone krzesła. Dwa talerze w jej dłoni,
dwie szklanki. No tak, tylko z kim tu była. Z koleżanką, z mamą, z …
chłopakiem. Znając moje szczęście na pewno to ostatnie. Alice znowu spojrzała
na mnie. Uśmiechnęła się nerwowo.
- Jasne Frank. – znów obejrzała się za
siebie. – Chętnie poszłabym z tobą…
Nie dokończyła. Otworzyła szeroko usta
z przerażeniem wymalowanym na twarzy. Oczy szeroko otworzyła i wpatrywała się w
jakiś punkt za mną. Zrobiłem zdziwioną minę.
- Gdzie? – odezwał się obcy głos tuż
za moimi plecami. Niemalże podskoczyłem ze strachu. Odwróciłem się gwałtownie
za siebie. Stał przede mną chłopak. Nieco wyższy ode mnie ale to raczej norma.
Prawie każdy jest wyższy ode mnie. Ubrany był cały na czarno. Miał na sobie T-
Shirt jakiegoś zespołu ale nie mogłem dostrzec całej nazwy ponieważ na sobie
narzuconą miał skórzana kurtkę, która przysłaniała większość napisu. Na nogach
miał czarne, przyległe spodnie i glany. Nie powiem, nieźle był ubrany. Podobny
styl do mojego. Teraz jednak wpatrywałem się z przerażeniem w jego twarz.
Ciemne, długie włosy opadały mu na twarz, przez co prawdopodobnie wiecznie je
poprawiał. Skąd ja to znam. Bardzo kontrastowało to wszystko z jego bladą ja
papier cerą. Jego zielone oczy wpatrywały się w mnie beznamiętnie. Chłopak
jednym słowem wyglądał strasznie intrygująco i lekko przerażająco za razem.
Przynajmniej w takiej sytuacji kiedy odwracasz się przestraszony i widzisz
kogoś takiego tuż za sobą. Czułem, że również otwieram usta oraz oczy, szeroko,
tak że czułem iż zaraz mi wypadną. Prawdopodobnie miałem taką samą minę jak
Alice. To jest zapewne jej chłopak. Och, Frank ty szczęściarzu. Lepiej zwijaj
się szybko bo jeszcze oberwiesz od niego za podrywanie jego dziewczyny. Chłopak
nie zwracając na mnie uwagi podszedł do dziewczyny i objął ją ramieniem. To
chyba przywróciło ją do rzeczywistości ponieważ wyrwała się i odsunęła od
niego. Spojrzał na nią tylko rozbawiony i uniósł jedną brew do góry jakby
zadawał nieme pytanie o co jej chodzi. Jego wzrok skierował się na mnie a ja
miałem ochotę wybiec stąd jak najszybciej z krzykiem.
- O czym rozmawiacie? – zapytał sucho
a ja wiedziałem, że nie będę w stanie wydusić z siebie słowa. Lepiej niech
Alice zacznie gadać. W końcu to jej chłopak.
- O niczym ważnym. – powiedziała
szybko. Jak dla mnie nawet za szybko. – To tylko znajomy. Wpadł na mnie kiedy
odnosiłam talerze.
Ściągnąłem zdziwiony brwi. Co jak co,
ale to Alice właśnie na mnie wpadła i to całkowicie specjalnie, nie na odwrót.
Chłopak spojrzał na mnie zaciekawiony.
- Doprawdy? – zapytał mnie ale ja nie
miałem siły nic odpowiedzieć.
- Tak! – rzuciła szybko Alice jakby
nie chciała mnie dopuścić do głosu. Mam milczeć? Mogę za dużo powiedzieć? To i tak
bez znaczenia ponieważ w tym momencie całkowicie odpuszczam sobie ta znajomość.
Teraz tylko muszę stąd szybko wyjść.
- Może przedstawisz mi swojego nowego
znajomego w takim razie? – spojrzał na mnie i się uśmiechnął ale to chyba nie
był przyjazny uśmiech. Raczej ironiczny. Byłem zbyt zdenerwowany i zażenowany
cała sytuacją, żeby się nad tym zastanawiać.
- Eee… - zaczęła zdenerwowana Alice.
Widać było, że nie była zadowolona z takiego obrotu sytuacji.
– To jest Frank… - wyjąkała,
wskazując na mnie. – A to jest Gerard… yyy… mój…
CHŁOPAK. To słowo obijało się w mojej
czaszce mimo, że nie zostało wypowiedziane na głos ponieważ Gerard nie dając
dokończyć dziewczynie wypowiedzi, wyciągnął do mnie rękę.
- Gerard. – z jego twarzy wciąż nie
schodził ten ironiczny uśmieszek. Chyba wiedział, że się go boję. Nie uważał
mnie pewnie za konkurencję, co jak co ale ja akurat w niczym nie mogę się
równać z tym chłopakiem. Przełknąłem nerwowo ślinę.
- Frank. – wymamrotałem pod nosem i
opuściłem głowę dając włosom przysłonić moją twarz. Sam podniosłem nieśmiało
drżącą dłoń. Byłem pewny, że i on i Alice to wdzieli. Trzęsły mi się ręce. Od
kiedy pamiętam, kiedy jestem zdenerwowany cały się trzęsę i śmieję nerwowo.
Uścisnął moją chudą dłoń. Jego była zimna jak lód, jakby krew w ogóle tam nie
dopływała. Przeszedł mnie dreszcz. Kilka sekund dłużyło mi się niczym godziny i
kiedy w końcu mnie puścił poczułem, że zaraz zemdleję. Muszę stąd szybko wyjść
inaczej zejdę na zawał. Myślałem, że to przy Alice brakuje mi słów ale to przy
jej chłopaku jestem jeszcze bardziej zdenerwowany. Wziąłem głęboki wdech. Dalej
musisz coś zrobić. Nie możesz tu dużej zostać i robić z siebie pajaca. Zebrałem
się w
sobie
by wreszcie coś powiedzieć.
- Lepiej jak już pójdę. – ze
wszystkich sił starałem się żeby mój głos brzmiał normalnie. Spojrzałem na
Alice. Miała zawiedzioną minę ale nic nie powiedziała. Pewnie przez Gerarda.
Może naprawdę liczyła na tę znajomość? Nie ważne. Ja się nie bawię w podrywanie
zajętych lasek, tym bardziej jeżeli jej chłopak przyprawia mnie o palpitację
serca.
- To pa, Frank. – mruknęła smutna.
- Cześć. Miło było cię poznać Alice. –
odpowiedziałem i spojrzałem na Gerarda. Wciąż wpatrywał się we mnie
beznamiętnie. – Ciebie też, Gerard.
Na jego twarzy zagościło coś na wyraz
zdziwienia. Cóż, nie wypadało tak odejść bez niczego. Kultura.
- Mi również. – powiedział i
zaciekawiony przekręcił delikatnie głowę wpatrując się we mnie. O Jezu, nie
wytrzymam. Muszę jak najszybciej stąd wyjść.
- Może się jeszcze kiedyś zobaczymy. –
szepnęła cicho dziewczyna. Reakcja Gerarda była natychmiastowa. Spiął się cały.
Spojrzenie skierował na dziewczynę. Był wyraźnie zdenerwowany. Przyciągnął
Alice do siebie bezapelacyjnie i mocno zdusił. Niby miało być to przytulenie
ale wiedziałem, że Alice oberwie się za te słowa. Nie chcąc być dłużej
światkiem tej sceny odsunąłem się od nich i powędrowałem do drzwi.
- Może. – rzuciłem po raz ostatni
odwracając się do dziewczyny i jej chłopaka. Uśmiechnąłem się słabo. Wiem, że
skłamałem. Już nigdy się nie spotkamy. Odpuszczam sobie Alice. Nie będę się
narażać jej chłopakowi. O nie.
Wyszedłem z cukierni i oparłem się
o szybę. Poczułem niewyobrażalną ulgą. Będąc sam mogłem się trochę uspokoić.
Spojrzałem jeszcze przez okno do cukierni. Alice stała ze złożonymi rękami i
spuszczoną głową a Gerard wyraźnie podirytowany tłumaczył jej coś gestykulując
przy tym. Ale to już mnie nie obchodzi. Nie moja sprawa. Wzruszyłem ramionami.
Włożyłem słuchawki do uszu i włączyłem muzykę. Odwróciłem się tyłem do cukierni
i ruszyłem do domu niosąc rocznicowe ciasto rodziców.
Przyznam, że przyjemnie się czytało. Przede wszystkim, pobudziłaś moją wyobraźnię, jestem ciekawa, o co dokładnie chodzi z siejącym postrach Gerardem, ułożyłam w głowie już 200 scenariuszy, podejrzewam więc, że będę uważnie śledziła Twoje opowiadanie, żeby zweryfikować swoje podejrzenia. :)
OdpowiedzUsuńI drobna uwaga. Jeśli dialog wygląda +/- tak:
- Blablabla - powiedział.
To po "Blablabla" nie stwaiamy kropki.
Dziękuję Ci za komentarz, który bardzo mi pomógł. Oczywiście, masz sto procent racji z dialogami. Na pewno wykorzystam Twoją radę.
UsuńBtw. również czytam Twojego bloga i przyznam, że bardzo go lubię c:
zaczęło sie banalnie, a skończyło ciekawie,oryginalnie i intrygująco :3 Taka jest moja opinia tego rozdziału ;) Pisz dalej, robi się fajnie.
OdpowiedzUsuńTwoja opinia jest dla mnie bardzo ważna i dziękuję Ci za nią c:
Usuń