Dobry. Na wstępie chciałam przeprosić, za nieobecność ale jakoś ostatnio na nic nie miałam ochoty ani siły.
Rozdział mi jakiś ciulowaty wyszedł za co przepraszam, po raz drugi.
Kolejny raz i mam nadzieję ostatni przepraszam za wszelkie możliwe błędy, jeżeli się takowe pojawiły. Mogłam je przegapić, kiedy po raz setny czytałam ten rozdział.
Jak zawsze wszelka opinia mile widziana.
- Chodź – powiedziałem i pociągnąłem dziewczynę w stronę
schodów.
- Aleee
Frankieee… - jęknęła.
- Żadnego
„ale” – burknąłem.
- Zaraz
będą robić wspólne zdjęcie – powiedziała smutno.
- Nie
obchodzi mnie to.
- Ale ja
chce na nim być – nie dawała za wygraną. – Z Tobą.
Ehh, jaka
ta dziewczyna jest uparta. Chociaż w sumie mogę zrobić jej tą przyjemność i iść
z nią na te grupowe zdjęcie. Czemu nie. Skoro jej tak bardzo na tym zależy.
Postanowiłem, że po tej imprezie nie spotkam się już z nią. Będę jej unikał jak
ognia. Niech ma po mnie jakieś wspomnienie. Po chłopaku, który na imprezie
odprowadził ją upitą do pokoju i nie pozwolił by wyrzygała się na środek salonu.
Ale nic za darmo.
- Dobrze –
powiedziałem. Na jej twarzy momentalnie zagościł szeroki uśmiech. – Ale pod
warunkiem, że potem od razu pójdziesz na górę.
- Obiecuję!
– zarzekła się szybko. – Obiecuję, obiecuję, obiecuję ale teraz chodź ze mną.
Chwyciła
mnie za rękę i chwiejnym krokiem podążyła w stronę salonu, ciągnąc mnie za
sobą. Szczerze mówiąc nie byłem prze szczęśliwy, że muszę pozować do jakiegoś
durnowatego zdjęcia. Nie lubię być fotografowany. Od zawsze sądziłem, że jestem
nie fotogeniczny i wyjątkowo niekorzystnie wychodzę na zdjęciach, mimo że
większość osób próbowała mi wmawiać, że jest inaczej. Ale zrobię to dla Alice.
W końcu to jedyny sposób, żeby mnie posłuchała i poszła spać. Robię to dla jej
dobra i szczerzę mówiąc nie obchodzi mnie, że zachowuję się jak nadopiekuńczy
ojciec.
Zauważyłem,
że grupa trzymających się jeszcze na nogach (a było ich niewiele) osób ustawia
się do zdjęcia przybierając dziwne pozy i robiąc głupkowate miny. Alice
przyciągnęła mnie do siebie i objęła za szyję.
- Przytul
się do mnie – szepnęła do mnie.
- Alice,
daj spokój – skarciłem ją.
- Będę
imprezować dalej i zaleję się do nieprzytomności jeżeli tego nie zrobisz –
odpowiedziała poważnie.
- To
szantaż.
- Wiem.
Spojrzałem
na nią i zmrużyłem oczy. Co za frustrująca dziewczyna. No ale dobrze. Przytulę
ją, zrobią to głupie zdjęcie i w końcu będę mieć spokój.
- Niech Ci
będzie – powiedziałem sucho poczym delikatnie objąłem ją w pasie na co
zareagowała uroczym chichotem. Boże, dlaczego ona nie może być moją dziewczyną?
Dlaczego nie mogę jej tulić codziennie bez żadnych obaw. Czemu? Czemu do
cholery?
Jakiś
chłopak z aparatem komunikował właśnie, że wszyscy mamy się wyszczerzyć bo robi
zdjęcie. Już miałem uśmiechnąć się sztucznie, jak to miałem w zwyczaju
uśmiechać się do zdjęć kiedy poczułem, że dziewczyna, którą obejmowałem złapała
moja twarz w dłonie poczym niespodziewanie wpiła się w moje usta. Zaszokowany
otworzyłem szeroko oczy. W mojej głowie panował taki mętlik, nie mogłem się na
niczym skupić. Moje serce waliło jak oszalałe a ręce zaczęły nieznośnie drgać.
Jak zawsze kiedy jestem zdenerwowany. Boże, całowała mnie dziewczyna, która mi
się podoba ale jest do cholery zajęta. Przez GERARDA. Kurwa mać. Czułem jej
delikatne usta kiedy muskała moje własne. Smakowały alkoholem, samym. Jakie to
było przyjemne. Nie oddawałem pocałunku ale też go nie przerywałem.
Podświadomie tego pragnąłem czy mi się to podobało czy nie. Nic na to nie
mogłem poradzić i chociaż doskonale wiedziałem, że robimy źle i mogą nas
spotkać poważne konsekwencje, stałem tylko i poddawałem się dziewczynie.
Usłyszałem
gwizdy i piski za moimi plecami i to przywróciło mnie do równowagi. Oderwałem
się zszokowany od dziewczyny i rozejrzałem strachliwie po pomieszczeniu.
Dopiero po chwili przypomniałem sobie, że Gerarda tu nie ma. Odetchnąłem z
ulgą.
Słyszałem
za sobą jakieś okrzyki ale nie reagowałem na nie. Spojrzałem na Alice, która
nic sobie nie robiła z zaistniałej sytuacji tylko uśmiechała się głupkowato.
- Alice
idziemy – oświadczyłem i pociągnąłem dziewczynę za rękę wyprowadzając z pokoju,
na co ludzie zareagowali jeszcze głośniejszym gwizdaniem. O nie, myślą, że
idziemy na piętro w wiadomym celu. Boże, żeby tylko Gerard się o tym nie
dowiedział.
Wyprowadziłem
dziewczynę na korytarz i oparłem o ścianę. Spojrzałem jej w oczy chcąc z nich
coś wyczytać. Bez skutku. Jej oczy mówiły jedynie to, że jest spita i ledwo się
trzyma.
- Dlaczego
to zrobiłaś? – zapytałem. – Co z Gerardem?
Wyraz jej
twarzy diametralnie się zmienił kiedy tylko usłyszała to imię. Zniknął głupi
uśmieszek a pojawiły się strach i panika.
- O Boże!
Gerard się wścieknie! Zabije mnie. – wykrzyknęła dziewczyna i ukryła twarz w
dłoniach.
- Zabije
nas oboje – mruknąłem. – W końcu każdy normalny chłopak by to zrobił. Całowałem
jego dziewczynę do cholery.
- Co? –
podniosła na mnie zdziwione spojrzenie.
- Mówię o
Gerardzie, twoim chłopaku – powiedziałem lekko zdziwiony. – Pamiętasz jeszcze
kogoś takiego? – dodałem z ironią.
- Haha,
Gerard to mój chłopak – wybełkotała i zaśmiała się. – O nie! Jak mogłam mu to
zrobić. To mój chłopak? O Boże. Haha. Zdradziłam Gerarda, mojego chłopaka. HAHA!
- To nie
jest śmieszne – warknąłem zirytowany. Co ją tak bawi do cholery? – Lepiej
chodźmy już do tej pieprzonej sypialni.
Nie
czekając dłużej na wyjaśnienia pijanej dziewczyny, a raczej ich brak
zaprowadziłem ją na piętro skąd udałem się w znajome mi miejsce. Do pokoju, w
którym miałem być wykorzystany przez napaloną laskę. Otworzyłem drzwi i
wprowadziłem ją do środka.
- Franek,
to nie jest mój pokój – zachichotała Alice.
- Jak to
nie? – spojrzałem na nią zdziwiony. Byłem pewien, że należy do niej. – A czyj?
- Mojego
chłopaka Gerarda! – zaśmiała się głośno. Ehh, jest spita w trzy dupy i chyba
przypomniała sobie, że ma chłopaka. Jej strach przerodził się w rozbawienie.
Normalka kiedy jest się pijanym. Przewróciłem więc tylko oczami ignorując jej
debilną odpowiedź.
- To gdzie
jest Twój? – zapytałem starając się zachować spokój.
- Po drugiej
stronie korytarza – odpowiedziała bełkotliwie.
- Ehh… -
jęknąłem i pozwoliłem żeby prowadziła mnie do swojego pokoju.
- Witaj w
moich skromnych progach – wybełkotała kiedy już znaleźliśmy się w środku. Wolałem
nie zapalać światła, jeszcze by ją to ożywiło. Panowały więc ciemności i nie za
dużo widziałem. Poznałem tylko kształtem łóżko. Spojrzałem na Alice a potem
głową wskazałem mebel. Chyba zrozumiała o co mi chodzi bo już po chwili
podeszła do niego i opadła na nie bezwładnie. Obróciła się na plecy i utkwiła
wzrok w mnie. Podszedłem do niej i nachyliłem się.
- Alice –
zacząłem ostrożnie. – Gerard nie może się o tym dowiedzieć.
- O czym? –
zaśmiała się.
- No o tym
cholernym pocałunku – zirytowałem się.
-
Całowaliśmy się? – zapytała.
Nie wierzę.
Albo robi ze mnie debila albo naprawdę jest taka spita, że nie pamięta wydarzeń
z przed kilku chwil. Chociaż to jeszcze lepiej. Skoro nie pamięta to nie powie
Gerardowi i nie dostanę po twarzy. Pewnie większość ludzi na tej imprezie jest
teraz w podobnym stanie co ona więc znaczna część będzie miała amnezję. Nie
powiem ale ulżyło mi.
- Nie ważne
– uśmiechnąłem się do niej. – Nie zawracaj sobie tym ślicznej główki, mała.
- Skoro tak
mówisz – zachichotała się. – Dobranoc Frankie.
- Dobranoc
Alice – powiedziałem i pocałowałem ją w czoło.
Uśmiechnęła
się do mnie uroczo poczym zamknęła oczy. Chyba od razu odpłynęła. Wziąłem koc
leżący na skraju łóżka i przykryłem ją. Tak słodko wyglądała jak spała. Tak
niewinnie, jak dziecko. Jej czarna
grzywka uniosła się góry odsłaniając czoło, rumieńce pokrywały twarz, usta
miała intensywnie czerwone. Można by rzecz, że wyglądała jak królewna śnieżka.
Jest naprawdę piękna. Nie chcę jej opuszczać ale muszę. Tak będzie lepiej dla
nas obojga. Naprzeciwko naszego szczęścia stoi Gerard i nic na to nie poradzę.
Alice chyba go kocha skoro z nim jest a ten dzisiejszy incydent był spowodowany
zbyt dużą ilością alkoholu i tyle. Jutro nikt nie będzie o nim pamiętał. Nikt
prócz mnie…
Uśmiechnąłem
się do niej po raz ostatni poczym wyprostowałem się i udałem w stronę drzwi.
Odwróciłem się do niej.
- Żegnaj
Alice – wyszeptałem i z ciężkim sercem opuściłem pokój.
Oparłem się
o ścianę i zsunąłem się po niej. Twarz ukryłem w rękach. Boże, czemu musiałem
zakochać się akurat w niej. W dziewczynie idealnej. Dlaczego zawsze mam takiego
pecha? Muszę o niej zapomnieć ale czy to będzie kiedykolwiek możliwe po tym co
wydarzyło się dzisiaj. W głowię mam kompletny mętlik.
- Frank –
usłyszałem czyjś głos nad sobą.
- Hmm? –
spojrzałem do góry.
- Możemy
się już zbierać? – zapytał Marc niepewnie. – No chyba, że chcesz jeszcze
zostać.
Zaciągnąłem
brwi w geście zdziwienia. Marc dobrowolnie chce iść z imprezy? Przecież on
należy do tych osób, dla których impreza mogłaby się nie kończyć. Zostaje do
samego końca, do ostatniej butelki wódki, do białego świtu. Coś mi tu nie
pasuje.
- Coś się
stało? – zapytałem i podniosłem się.
- Nic
szczególnego – wybąkał, unikając mojego spojrzenia. – Po prostu jestem
zmęczony.
Marc
zmęczony? Coś mi się wierzyć nie chce. Na pewno chodzi o coś poważniejszego.
Tylko skoro nie chce mi powiedzieć to nie mogę mu pomóc a na razie nie chcę go
naciskać. Spróbuję to z niego wydusić trochę później.
- Dobrze,
nie ma sprawy – powiedziałem. W sumie dobrze się złożyło bo czułem, że nie
wytrzymam tu ani minuty dłużej. Decyzja Marca mimo, że mnie teraz nurtowała,
była zbawieniem. – Która godzina?
- Sprawdzę – spojrzał na zegarek i
dopiero teraz zorientowałem się, że Marc nie jest pijany. Zdziwiło mnie to
jeszcze bardziej ponieważ impreza trwała w najlepsze a on zawsze był wstawiony
już po godzinie. – Zaraz będzie druga.
Otworzyłem
oczy ze zdziwienia. Już druga? Nawet nie zauważyłem kiedy ten czas tak minął.
Wszystko działo się szybko. Najpierw laska, która chciała się bzykać w pokoju
nieznanego właściciela, potem te całe zdjęcie, pocałunek Alice, sytuacja w
pokoju kiedy uświadomiłem sobie, że cholernie ciężko będzie wymazać ją z mojego
życia.
- Powiesz
co się stało? Normalnie nie odpuszczasz sobie imprezy. – zapytałem.
- Chodzi o
Emmę – wyszeptał patrząc na swoje buty.
No tak, to
było do przewidzenia. Emma to dziewczyna w, której Marc zadłużył się bez
pamięci. Tak jak ja w Alice. Tyle, że Emma w tym wypadku była wolna a Marc to
wykorzystywał. Zbliżył się do niej na tyle, że można by powiedzieć, że już są
parą.
- Co się
stało?
-
Przelizała się z jakimś kolesiem. Na moich oczach – dodał z wyraźną niechęcią w
głosie.
Przed moimi
oczami automatycznie pojawił się obraz mnie i Alice, całujących się na
dzisiejszej imprezie. Zrobiliśmy to samo co Emma i ten chłopak, z którym się
całowała. Zachowaliśmy się podle w stosunku do Gerarda tak samo jak oni zachowali
się w stosunku do Marca. Zawsze gardziłem takimi dwulicowymi ludźmi a sam co
zrobiłem? Tyle, że to Alice mnie pocałowała. Ja tego nie chciałem.
- Frank? –
usłyszałem głos Marca, który wyrwał mnie z zamyślenia. – Jesteś tu?
- Yyy… tak,
tak – wybąkałem. – Chodźmy.
- Widzę, że
znaleźliśmy się w bardzo podobnej sytuacji – powiedział Marc kiedy siedzieliśmy
u niego w domu na kanapie i oglądaliśmy jakiś niskobudżetowy horror. Wróciliśmy
z imprezy jakieś pół godziny temu ale nikomu nie chciało się spać. Każdego coś
gryzło i na pewno żaden z nas nie zasnął by tej nocy. Dlatego postanowiliśmy,
że obejrzymy jakiś film żeby chociaż na chwilę uciec myślami od naszych
nieprzyjemnych sytuacji. Marc został zdradzony a ja, zdradziłem. Chociaż w
sumie to zdradzano ze mną. Och, to chore, zagmatwane. Nie na moją głowę w tym
momencie. Te kilka piw, które wypiłem, jednak nie pozwalało do końca skupić się
na rozbieganych myślach.
- Tak.
Jesteśmy oboje w czarnej dupie – zaśmiałem się ponuro. – Ale pamiętasz jakiej rady
udzielałeś mi wczoraj przed imprezą?
- No tak
ale… - zaczął. – O wiele łatwiej daje się rady niż z nich korzysta.
- Oj tak,
niestety – zgodziłem się z nim. – Najlepiej będzie jak oboje odpuścimy sobie te
znajomości.
- Tak
byłoby lepiej – przyznał mi rację. – Ale to trudne.
- Cholernie
– przytaknąłem mu. – Ale musimy. Nie ma innego wyjścia.
Marc skinął
głową i zwrócił wzrok na ekran. Patrzył chwilę a potem znów odwrócił się do
mnie.
- Ten
horror to straszny gniot – uśmiechnął się niemrawo i ziewnął.
- Tak,
wyjątkowe badziewie – mruknąłem. – Wiesz co Marc, chyba pójdę się położyć.
Jestem padnięty. Marc?
Spojrzałem
na niego ale on już nie mógł odpowiedzieć. Nie słyszał mnie ponieważ spał w
najlepsze. Nawet nie zauważyłem kiedy zasnął. Byłem zbyt zajęty moją chorą
wyobraźnią. Wyłączyłem telewizor i podniosłem się z kanapy robiąc mu więcej
miejsca. Przykryłem go kocem i momentalnie znowu przypomniała mi się sytuacja z
Alice. Ją też dzisiaj przykryłem. Och, ta dziewczyna musi wyjść z mojej głowy.
Skierowałem
się w stronę pokoju chłopaka w, którym czekało na mnie wygodne łóżko. Co prawda
to ja powinienem spać na kanapie ale skoro Marc zajął ją pierwszy to będę
musiał „niestety” skorzystać z jego łóżka.
- Jak było
na imprezie? – zapytała matka kiedy tylko przekroczyłem próg domu.
- Znośnie –
odpowiedziałem bez entuzjazmu.
- Czyli nie
za dobrze? – wychyliła się z kuchni i spojrzała na mnie przenikliwie.
- Nie,
naprawdę wszystko Ok. – uśmiechnąłem się do niej sztucznie i wiedziałem, że ona
to wyłapała. Umie rozpoznać kiedy szczerze się uśmiecham a kiedy udaję.
- Na pewno?
– dociekała.
- Tak,
tylko trochę boli mnie głowa – odparłem. Dobry pomysł zrzucić winę na kaca,
którego na szczęście nie miałem. Jeszcze tego by brakowało. Umieranie z bólu
głowy w łóżku z nadmiarem przytłaczających myśli. Nie wiedziałem jednak czy
matka się na to nabierze. Znała mnie dobrze, jak nikt.
- No
dobrze. Załóżmy, że Ci wierzę – powiedziała mimo, że pokręciła przy tym głową
jakby zaprzeczała swoim słowom. – Zrobię ci coś na tego kaca.
- Nie
trzeba – skrzywiłem się. Mikstury lecznicze mojej matki smakują wyjątkowo
obrzydliwie i jeszcze kiedy miałem naprawdę tego kaca to wypiłem to w nadziei,
że mi pomoże. I pomagało, ale teraz kiedy nic mi nie jest nie chce pić tego
świństwa dobrowolnie, bez żadnej potrzeby. – Wystarczy jakaś tabletka.
Matka
skinęła głową i zniknęła w kuchni. Poszła pewnie po jakieś leki. Ja w tym
czasie ruszyłem po schodach w stronę swojego pokoju gdzie zamierzałem spać do
poniedziałku. Rzuciłem się na łóżko i zamknąłem oczy czekając na mamę ze
środkami przeciwbólowymi. W sumie przydadzą się bo głowa, mimo, że nie miałem
kaca, bolała. Zapewne od nieznośnych myśli.
Już powoli
przysypiałem kiedy usłyszałem znajomy odgłos informujący, że ktoś próbuję się
do mnie dodzwonić. Niezadowolony sięgnąłem do kieszeni i wyjąłem komórkę.
- Halo? –
zapytałem nawet nie patrząc na wyświetlacz.
- Frank,
szybko wejdź na fejsa – usłyszałem głos Marca.
- Po co? –
zapytałem zirytowany. Chciałem odpocząć trochę a nie przesiadywać w Internecie.
- Musisz to
zobaczyć. Wejdź szybko. Wysłałem Ci link – powiedział wyraźnie czymś podniecony
i rozłączył się nie czekając na moją odpowiedź.
Ehh, no
dobra. Nie mam ochoty ale skoro mu tak zależy to mogę zobaczyć to co chce mi
pokazać. Podniosłem się niechętnie i włączyłem komputer. Trochę zajęło mu
uruchomienie się ale już po kilku minutach logowałem się na Facebooku. Hmm, parę powiadomień, których na
ogół nie sprawdzam, jedna wiadomość i dwa zaproszenia do znajomych. Ciekawe od
kogo. Kliknąłem aby sprawdzić czy w ogóle znam osoby, które mnie zaprosiły i
zamarłem. Boże. „Alice Way i Gerard Way zaprosili cię do znajomych”.
Wpatrywałem
się w monitor dobre kilka minut zanim dotarło do mnie co się właściwie dzieje.
Te dwie, przeklęte osoby o których chciałem zapomnieć właśnie zaprosiły mnie do
znajomych. Dlaczego do cholery? Przecież miałem się od nich uwolnić. Nawet nie
zdziwiło mnie czemu mają ustawione takie same nazwisko. Znałem multum takich,
słodkich par, które ustawiały to sobie, żeby pokazać wszystkim w jakim to
szczęśliwym są związku. Aż mi się nie dobrze robiło. To znaczy, że oni również
należą do tych „uroczych” par, które tak strasznie się kochają, że sama zmiana
statusu nie wystarczy i trzeba pochwalić się każdemu swoim szczęściem.
Wybaczcie ale nic z tego. Odnalazłem opcję „zignoruj” i bez wahania ją
wcisnąłem. Zastanawia mnie jedynie czemu Gerard mnie zaprosił. Zaproszenie od
Alice mnie nie zdziwiło ale to od jej chłopaka już tak. Chyba, że po prostu
chciał mieć kontrolę. Pilnować nas, żeby do niczego nie doszło. Nie martw się
Gerard, nie dojdzie. Zapewniam.
Dobra,
sprawdzę ten link od Marca. To chyba coś ważnego. Otworzyłem okno z linkiem i
po raz kolejny poje serce stanęło. W pewnym momencie myślałem, że zemdleję.
Mógłbym przysiąc, że byłem teraz blady jak papier. Ręce znów zaczęły mi się
trząść. Niedobrze. Bardzo niedobrze.
Przed moimi
oczami ukazywało się zdjęcie z feralnej imprezy. I wszystko byłoby na nim w
porządku gdyby nie to, że właśnie w tym momencie Alice mnie pocałowała. Na
zdjęciu przedstawiony był nasz pocałunek, którego nie zdążyłem przerwać. Pech
chciał, że akurat wtedy fotograf zrobił zdjęcie. Kompletnie o tym zapomniałem.
Nie sądziłem, że to wycieknie do Internetu. O Boże. Tyle ludzi to widziało.
Fotografia ma sto dwadzieścia sześć polubień. To ogromna liczba. I nawet jeżeli
mogłem się łudzić, że nikt mnie nie pozna to osoba, która wstawiła obraz
oznaczyła i mnie i Alice. Nasze imiona
aż krzyczały, zdradzając naszą tożsamość.
Z sercem w
gardle wyświetliłem listę osób lubiących to zdjęcie. Czytałem po kolei, uważnie
wszystkie nazwiska nie chcąc nikogo pominąć kiedy po raz kolejny dzisiaj,
zamarłem. Miałem cichą nadzieje, liczyłem na cud. Przeliczyłem się jednak. Moje
dłonie trzęsły się teraz niekontrolowanie, jakby zaraz miały mi odpaść, serce
tłukło się jak szalone a oddech uwiązł w moich płucach. Zrobiło mi się słabo a
przed oczami pojawiły się mroczki. Najgorszy z moich koszmarów właśnie się
ziścił. Te jedno zdanie wywołało u mnie strach dominujący wszelkie, pozostałe
lęki. Jedno zdanie…
GERARD WAY
LUBI TO.