wtorek, 12 sierpnia 2014

III ROZDZIAŁ

            Dobry. Na wstępie chciałam przeprosić, za nieobecność ale jakoś ostatnio na nic nie miałam ochoty ani siły. 
Rozdział mi jakiś ciulowaty wyszedł za co przepraszam, po raz drugi. 
Kolejny raz i mam nadzieję ostatni przepraszam za wszelkie możliwe błędy, jeżeli się takowe pojawiły. Mogłam je przegapić, kiedy po raz setny czytałam ten rozdział. 
Jak zawsze wszelka opinia mile widziana. 



           - Chodź – powiedziałem i pociągnąłem dziewczynę w stronę schodów.
            - Aleee Frankieee… - jęknęła.
            - Żadnego „ale” – burknąłem.
            - Zaraz będą robić wspólne zdjęcie – powiedziała smutno.
            - Nie obchodzi mnie to.
            - Ale ja chce na nim być – nie dawała za wygraną. – Z Tobą.
            Ehh, jaka ta dziewczyna jest uparta. Chociaż w sumie mogę zrobić jej tą przyjemność i iść z nią na te grupowe zdjęcie. Czemu nie. Skoro jej tak bardzo na tym zależy. Postanowiłem, że po tej imprezie nie spotkam się już z nią. Będę jej unikał jak ognia. Niech ma po mnie jakieś wspomnienie. Po chłopaku, który na imprezie odprowadził ją upitą do pokoju i nie pozwolił by wyrzygała się na środek salonu. Ale nic za darmo.
            - Dobrze – powiedziałem. Na jej twarzy momentalnie zagościł szeroki uśmiech. – Ale pod warunkiem, że potem od razu pójdziesz na górę.
            - Obiecuję! – zarzekła się szybko. – Obiecuję, obiecuję, obiecuję ale teraz chodź ze mną.
            Chwyciła mnie za rękę i chwiejnym krokiem podążyła w stronę salonu, ciągnąc mnie za sobą. Szczerze mówiąc nie byłem prze szczęśliwy, że muszę pozować do jakiegoś durnowatego zdjęcia. Nie lubię być fotografowany. Od zawsze sądziłem, że jestem nie fotogeniczny i wyjątkowo niekorzystnie wychodzę na zdjęciach, mimo że większość osób próbowała mi wmawiać, że jest inaczej. Ale zrobię to dla Alice. W końcu to jedyny sposób, żeby mnie posłuchała i poszła spać. Robię to dla jej dobra i szczerzę mówiąc nie obchodzi mnie, że zachowuję się jak nadopiekuńczy ojciec.
            Zauważyłem, że grupa trzymających się jeszcze na nogach (a było ich niewiele) osób ustawia się do zdjęcia przybierając dziwne pozy i robiąc głupkowate miny. Alice przyciągnęła mnie do siebie i objęła za szyję.
            - Przytul się do mnie – szepnęła do mnie.
            - Alice, daj spokój – skarciłem ją.
            - Będę imprezować dalej i zaleję się do nieprzytomności jeżeli tego nie zrobisz – odpowiedziała poważnie.
            - To szantaż.
            - Wiem.
            Spojrzałem na nią i zmrużyłem oczy. Co za frustrująca dziewczyna. No ale dobrze. Przytulę ją, zrobią to głupie zdjęcie i w końcu będę mieć spokój.
            - Niech Ci będzie – powiedziałem sucho poczym delikatnie objąłem ją w pasie na co zareagowała uroczym chichotem. Boże, dlaczego ona nie może być moją dziewczyną? Dlaczego nie mogę jej tulić codziennie bez żadnych obaw. Czemu? Czemu do cholery?
            Jakiś chłopak z aparatem komunikował właśnie, że wszyscy mamy się wyszczerzyć bo robi zdjęcie. Już miałem uśmiechnąć się sztucznie, jak to miałem w zwyczaju uśmiechać się do zdjęć kiedy poczułem, że dziewczyna, którą obejmowałem złapała moja twarz w dłonie poczym niespodziewanie wpiła się w moje usta. Zaszokowany otworzyłem szeroko oczy. W mojej głowie panował taki mętlik, nie mogłem się na niczym skupić. Moje serce waliło jak oszalałe a ręce zaczęły nieznośnie drgać. Jak zawsze kiedy jestem zdenerwowany. Boże, całowała mnie dziewczyna, która mi się podoba ale jest do cholery zajęta. Przez GERARDA. Kurwa mać. Czułem jej delikatne usta kiedy muskała moje własne. Smakowały alkoholem, samym. Jakie to było przyjemne. Nie oddawałem pocałunku ale też go nie przerywałem. Podświadomie tego pragnąłem czy mi się to podobało czy nie. Nic na to nie mogłem poradzić i chociaż doskonale wiedziałem, że robimy źle i mogą nas spotkać poważne konsekwencje, stałem tylko i poddawałem się dziewczynie.
           Usłyszałem gwizdy i piski za moimi plecami i to przywróciło mnie do równowagi. Oderwałem się zszokowany od dziewczyny i rozejrzałem strachliwie po pomieszczeniu. Dopiero po chwili przypomniałem sobie, że Gerarda tu nie ma. Odetchnąłem z ulgą.                  
           Słyszałem za sobą jakieś okrzyki ale nie reagowałem na nie. Spojrzałem na Alice, która nic sobie nie robiła z zaistniałej sytuacji tylko uśmiechała się głupkowato.
            - Alice idziemy – oświadczyłem i pociągnąłem dziewczynę za rękę wyprowadzając z pokoju, na co ludzie zareagowali jeszcze głośniejszym gwizdaniem. O nie, myślą, że idziemy na piętro w wiadomym celu. Boże, żeby tylko Gerard się o tym nie dowiedział.
            Wyprowadziłem dziewczynę na korytarz i oparłem o ścianę. Spojrzałem jej w oczy chcąc z nich coś wyczytać. Bez skutku. Jej oczy mówiły jedynie to, że jest spita i ledwo się trzyma.
            - Dlaczego to zrobiłaś? – zapytałem. – Co z Gerardem?
            Wyraz jej twarzy diametralnie się zmienił kiedy tylko usłyszała to imię. Zniknął głupi uśmieszek a pojawiły się strach i panika.
            - O Boże! Gerard się wścieknie! Zabije mnie. – wykrzyknęła dziewczyna i ukryła twarz w dłoniach.
            - Zabije nas oboje – mruknąłem. – W końcu każdy normalny chłopak by to zrobił. Całowałem jego dziewczynę do cholery.
            - Co? – podniosła na mnie zdziwione spojrzenie.
            - Mówię o Gerardzie, twoim chłopaku – powiedziałem lekko zdziwiony. – Pamiętasz jeszcze kogoś takiego? – dodałem z ironią.
            - Haha, Gerard to mój chłopak – wybełkotała i zaśmiała się. – O nie! Jak mogłam mu to zrobić. To mój chłopak? O Boże. Haha. Zdradziłam Gerarda, mojego chłopaka. HAHA!
            - To nie jest śmieszne – warknąłem zirytowany. Co ją tak bawi do cholery? – Lepiej chodźmy już do tej pieprzonej sypialni.
            Nie czekając dłużej na wyjaśnienia pijanej dziewczyny, a raczej ich brak zaprowadziłem ją na piętro skąd udałem się w znajome mi miejsce. Do pokoju, w którym miałem być wykorzystany przez napaloną laskę. Otworzyłem drzwi i wprowadziłem ją do środka.
            - Franek, to nie jest mój pokój – zachichotała Alice.
            - Jak to nie? – spojrzałem na nią zdziwiony. Byłem pewien, że należy do niej. – A czyj?
            - Mojego chłopaka Gerarda! – zaśmiała się głośno. Ehh, jest spita w trzy dupy i chyba przypomniała sobie, że ma chłopaka. Jej strach przerodził się w rozbawienie. Normalka kiedy jest się pijanym. Przewróciłem więc tylko oczami ignorując jej debilną odpowiedź.
            - To gdzie jest Twój? – zapytałem starając się zachować spokój.
            - Po drugiej stronie korytarza – odpowiedziała bełkotliwie.
            - Ehh… - jęknąłem i pozwoliłem żeby prowadziła mnie do swojego pokoju.
            - Witaj w moich skromnych progach – wybełkotała kiedy już znaleźliśmy się w środku. Wolałem nie zapalać światła, jeszcze by ją to ożywiło. Panowały więc ciemności i nie za dużo widziałem. Poznałem tylko kształtem łóżko. Spojrzałem na Alice a potem głową wskazałem mebel. Chyba zrozumiała o co mi chodzi bo już po chwili podeszła do niego i opadła na nie bezwładnie. Obróciła się na plecy i utkwiła wzrok w mnie. Podszedłem do niej i nachyliłem się.
            - Alice – zacząłem ostrożnie. – Gerard nie może się o tym dowiedzieć.
            - O czym? – zaśmiała się.
            - No o tym cholernym pocałunku – zirytowałem się.
            - Całowaliśmy się? – zapytała.
            Nie wierzę. Albo robi ze mnie debila albo naprawdę jest taka spita, że nie pamięta wydarzeń z przed kilku chwil. Chociaż to jeszcze lepiej. Skoro nie pamięta to nie powie Gerardowi i nie dostanę po twarzy. Pewnie większość ludzi na tej imprezie jest teraz w podobnym stanie co ona więc znaczna część będzie miała amnezję. Nie powiem ale ulżyło mi.
            - Nie ważne – uśmiechnąłem się do niej. – Nie zawracaj sobie tym ślicznej główki, mała.
            - Skoro tak mówisz – zachichotała się. – Dobranoc Frankie.
            - Dobranoc Alice – powiedziałem i pocałowałem ją w czoło.
            Uśmiechnęła się do mnie uroczo poczym zamknęła oczy. Chyba od razu odpłynęła. Wziąłem koc leżący na skraju łóżka i przykryłem ją. Tak słodko wyglądała jak spała. Tak niewinnie, jak dziecko.  Jej czarna grzywka uniosła się góry odsłaniając czoło, rumieńce pokrywały twarz, usta miała intensywnie czerwone. Można by rzecz, że wyglądała jak królewna śnieżka. Jest naprawdę piękna. Nie chcę jej opuszczać ale muszę. Tak będzie lepiej dla nas obojga. Naprzeciwko naszego szczęścia stoi Gerard i nic na to nie poradzę. Alice chyba go kocha skoro z nim jest a ten dzisiejszy incydent był spowodowany zbyt dużą ilością alkoholu i tyle. Jutro nikt nie będzie o nim pamiętał. Nikt prócz mnie…
            Uśmiechnąłem się do niej po raz ostatni poczym wyprostowałem się i udałem w stronę drzwi. Odwróciłem się do niej.
            - Żegnaj Alice – wyszeptałem i z ciężkim sercem opuściłem pokój.
            Oparłem się o ścianę i zsunąłem się po niej. Twarz ukryłem w rękach. Boże, czemu musiałem zakochać się akurat w niej. W dziewczynie idealnej. Dlaczego zawsze mam takiego pecha? Muszę o niej zapomnieć ale czy to będzie kiedykolwiek możliwe po tym co wydarzyło się dzisiaj. W głowię mam kompletny mętlik.        
            - Frank – usłyszałem czyjś głos nad sobą.
            - Hmm? – spojrzałem do góry.
            - Możemy się już zbierać? – zapytał Marc niepewnie. – No chyba, że chcesz jeszcze zostać.
            Zaciągnąłem brwi w geście zdziwienia. Marc dobrowolnie chce iść z imprezy? Przecież on należy do tych osób, dla których impreza mogłaby się nie kończyć. Zostaje do samego końca, do ostatniej butelki wódki, do białego świtu. Coś mi tu nie pasuje.
            - Coś się stało? – zapytałem i podniosłem się.
            - Nic szczególnego – wybąkał, unikając mojego spojrzenia. – Po prostu jestem zmęczony.
            Marc zmęczony? Coś mi się wierzyć nie chce. Na pewno chodzi o coś poważniejszego. Tylko skoro nie chce mi powiedzieć to nie mogę mu pomóc a na razie nie chcę go naciskać. Spróbuję to z niego wydusić trochę później.
            - Dobrze, nie ma sprawy – powiedziałem. W sumie dobrze się złożyło bo czułem, że nie wytrzymam tu ani minuty dłużej. Decyzja Marca mimo, że mnie teraz nurtowała, była zbawieniem. – Która godzina?
            - Sprawdzę – spojrzał na zegarek i dopiero teraz zorientowałem się, że Marc nie jest pijany. Zdziwiło mnie to jeszcze bardziej ponieważ impreza trwała w najlepsze a on zawsze był wstawiony już po godzinie. – Zaraz będzie druga.
            Otworzyłem oczy ze zdziwienia. Już druga? Nawet nie zauważyłem kiedy ten czas tak minął. Wszystko działo się szybko. Najpierw laska, która chciała się bzykać w pokoju nieznanego właściciela, potem te całe zdjęcie, pocałunek Alice, sytuacja w pokoju kiedy uświadomiłem sobie, że cholernie ciężko będzie wymazać ją z mojego życia.
            - Powiesz co się stało? Normalnie nie odpuszczasz sobie imprezy. – zapytałem.
            - Chodzi o Emmę – wyszeptał patrząc na swoje buty.
            No tak, to było do przewidzenia. Emma to dziewczyna w, której Marc zadłużył się bez pamięci. Tak jak ja w Alice. Tyle, że Emma w tym wypadku była wolna a Marc to wykorzystywał. Zbliżył się do niej na tyle, że można by powiedzieć, że już są parą.
            - Co się stało?
            - Przelizała się z jakimś kolesiem. Na moich oczach – dodał z wyraźną niechęcią w głosie.
            Przed moimi oczami automatycznie pojawił się obraz mnie i Alice, całujących się na dzisiejszej imprezie. Zrobiliśmy to samo co Emma i ten chłopak, z którym się całowała. Zachowaliśmy się podle w stosunku do Gerarda tak samo jak oni zachowali się w stosunku do Marca. Zawsze gardziłem takimi dwulicowymi ludźmi a sam co zrobiłem? Tyle, że to Alice mnie pocałowała. Ja tego nie chciałem.
            - Frank? – usłyszałem głos Marca, który wyrwał mnie z zamyślenia. – Jesteś tu?
            - Yyy… tak, tak – wybąkałem. – Chodźmy.


            - Widzę, że znaleźliśmy się w bardzo podobnej sytuacji – powiedział Marc kiedy siedzieliśmy u niego w domu na kanapie i oglądaliśmy jakiś niskobudżetowy horror. Wróciliśmy z imprezy jakieś pół godziny temu ale nikomu nie chciało się spać. Każdego coś gryzło i na pewno żaden z nas nie zasnął by tej nocy. Dlatego postanowiliśmy, że obejrzymy jakiś film żeby chociaż na chwilę uciec myślami od naszych nieprzyjemnych sytuacji. Marc został zdradzony a ja, zdradziłem. Chociaż w sumie to zdradzano ze mną. Och, to chore, zagmatwane. Nie na moją głowę w tym momencie. Te kilka piw, które wypiłem, jednak nie pozwalało do końca skupić się na rozbieganych myślach.
            - Tak. Jesteśmy oboje w czarnej dupie – zaśmiałem się ponuro. – Ale pamiętasz jakiej rady udzielałeś mi wczoraj przed imprezą?
            - No tak ale… - zaczął. – O wiele łatwiej daje się rady niż z nich korzysta.
            - Oj tak, niestety – zgodziłem się z nim. – Najlepiej będzie jak oboje odpuścimy sobie te znajomości.
            - Tak byłoby lepiej – przyznał mi rację. – Ale to trudne.
            - Cholernie – przytaknąłem mu. – Ale musimy. Nie ma innego wyjścia.
            Marc skinął głową i zwrócił wzrok na ekran. Patrzył chwilę a potem znów odwrócił się do mnie.
            - Ten horror to straszny gniot – uśmiechnął się niemrawo i ziewnął.
            - Tak, wyjątkowe badziewie – mruknąłem. – Wiesz co Marc, chyba pójdę się położyć. Jestem padnięty. Marc?
            Spojrzałem na niego ale on już nie mógł odpowiedzieć. Nie słyszał mnie ponieważ spał w najlepsze. Nawet nie zauważyłem kiedy zasnął. Byłem zbyt zajęty moją chorą wyobraźnią. Wyłączyłem telewizor i podniosłem się z kanapy robiąc mu więcej miejsca. Przykryłem go kocem i momentalnie znowu przypomniała mi się sytuacja z Alice. Ją też dzisiaj przykryłem. Och, ta dziewczyna musi wyjść z mojej głowy.
            Skierowałem się w stronę pokoju chłopaka w, którym czekało na mnie wygodne łóżko. Co prawda to ja powinienem spać na kanapie ale skoro Marc zajął ją pierwszy to będę musiał „niestety” skorzystać z jego łóżka.



            - Jak było na imprezie? – zapytała matka kiedy tylko przekroczyłem próg domu.
            - Znośnie – odpowiedziałem bez entuzjazmu.
            - Czyli nie za dobrze? – wychyliła się z kuchni i spojrzała na mnie przenikliwie.
            - Nie, naprawdę wszystko Ok. – uśmiechnąłem się do niej sztucznie i wiedziałem, że ona to wyłapała. Umie rozpoznać kiedy szczerze się uśmiecham a kiedy udaję.
            - Na pewno? – dociekała.
            - Tak, tylko trochę boli mnie głowa – odparłem. Dobry pomysł zrzucić winę na kaca, którego na szczęście nie miałem. Jeszcze tego by brakowało. Umieranie z bólu głowy w łóżku z nadmiarem przytłaczających myśli. Nie wiedziałem jednak czy matka się na to nabierze. Znała mnie dobrze, jak nikt.
            - No dobrze. Załóżmy, że Ci wierzę – powiedziała mimo, że pokręciła przy tym głową jakby zaprzeczała swoim słowom. – Zrobię ci coś na tego kaca.
            - Nie trzeba – skrzywiłem się. Mikstury lecznicze mojej matki smakują wyjątkowo obrzydliwie i jeszcze kiedy miałem naprawdę tego kaca to wypiłem to w nadziei, że mi pomoże. I pomagało, ale teraz kiedy nic mi nie jest nie chce pić tego świństwa dobrowolnie, bez żadnej potrzeby. – Wystarczy jakaś tabletka.
            Matka skinęła głową i zniknęła w kuchni. Poszła pewnie po jakieś leki. Ja w tym czasie ruszyłem po schodach w stronę swojego pokoju gdzie zamierzałem spać do poniedziałku. Rzuciłem się na łóżko i zamknąłem oczy czekając na mamę ze środkami przeciwbólowymi. W sumie przydadzą się bo głowa, mimo, że nie miałem kaca, bolała. Zapewne od nieznośnych myśli.
            Już powoli przysypiałem kiedy usłyszałem znajomy odgłos informujący, że ktoś próbuję się do mnie dodzwonić. Niezadowolony sięgnąłem do kieszeni i wyjąłem komórkę.
            - Halo? – zapytałem nawet nie patrząc na wyświetlacz.
            - Frank, szybko wejdź na fejsa – usłyszałem głos Marca.
            - Po co? – zapytałem zirytowany. Chciałem odpocząć trochę a nie przesiadywać w Internecie.
            - Musisz to zobaczyć. Wejdź szybko. Wysłałem Ci link – powiedział wyraźnie czymś podniecony i rozłączył się nie czekając na moją odpowiedź.
            Ehh, no dobra. Nie mam ochoty ale skoro mu tak zależy to mogę zobaczyć to co chce mi pokazać. Podniosłem się niechętnie i włączyłem komputer. Trochę zajęło mu uruchomienie się ale już po kilku minutach logowałem się na  Facebooku. Hmm, parę powiadomień, których na ogół nie sprawdzam, jedna wiadomość i dwa zaproszenia do znajomych. Ciekawe od kogo. Kliknąłem aby sprawdzić czy w ogóle znam osoby, które mnie zaprosiły i zamarłem. Boże. „Alice Way i Gerard Way zaprosili cię do znajomych”.
            Wpatrywałem się w monitor dobre kilka minut zanim dotarło do mnie co się właściwie dzieje. Te dwie, przeklęte osoby o których chciałem zapomnieć właśnie zaprosiły mnie do znajomych. Dlaczego do cholery? Przecież miałem się od nich uwolnić. Nawet nie zdziwiło mnie czemu mają ustawione takie same nazwisko. Znałem multum takich, słodkich par, które ustawiały to sobie, żeby pokazać wszystkim w jakim to szczęśliwym są związku. Aż mi się nie dobrze robiło. To znaczy, że oni również należą do tych „uroczych” par, które tak strasznie się kochają, że sama zmiana statusu nie wystarczy i trzeba pochwalić się każdemu swoim szczęściem. Wybaczcie ale nic z tego. Odnalazłem opcję „zignoruj” i bez wahania ją wcisnąłem. Zastanawia mnie jedynie czemu Gerard mnie zaprosił. Zaproszenie od Alice mnie nie zdziwiło ale to od jej chłopaka już tak. Chyba, że po prostu chciał mieć kontrolę. Pilnować nas, żeby do niczego nie doszło. Nie martw się Gerard, nie dojdzie. Zapewniam.
            Dobra, sprawdzę ten link od Marca. To chyba coś ważnego. Otworzyłem okno z linkiem i po raz kolejny poje serce stanęło. W pewnym momencie myślałem, że zemdleję. Mógłbym przysiąc, że byłem teraz blady jak papier. Ręce znów zaczęły mi się trząść. Niedobrze. Bardzo niedobrze.
            Przed moimi oczami ukazywało się zdjęcie z feralnej imprezy. I wszystko byłoby na nim w porządku gdyby nie to, że właśnie w tym momencie Alice mnie pocałowała. Na zdjęciu przedstawiony był nasz pocałunek, którego nie zdążyłem przerwać. Pech chciał, że akurat wtedy fotograf zrobił zdjęcie. Kompletnie o tym zapomniałem. Nie sądziłem, że to wycieknie do Internetu. O Boże. Tyle ludzi to widziało. Fotografia ma sto dwadzieścia sześć polubień. To ogromna liczba. I nawet jeżeli mogłem się łudzić, że nikt mnie nie pozna to osoba, która wstawiła obraz oznaczyła i mnie  i Alice. Nasze imiona aż krzyczały, zdradzając naszą tożsamość.
            Z sercem w gardle wyświetliłem listę osób lubiących to zdjęcie. Czytałem po kolei, uważnie wszystkie nazwiska nie chcąc nikogo pominąć kiedy po raz kolejny dzisiaj, zamarłem. Miałem cichą nadzieje, liczyłem na cud. Przeliczyłem się jednak. Moje dłonie trzęsły się teraz niekontrolowanie, jakby zaraz miały mi odpaść, serce tłukło się jak szalone a oddech uwiązł w moich płucach. Zrobiło mi się słabo a przed oczami pojawiły się mroczki. Najgorszy z moich koszmarów właśnie się ziścił. Te jedno zdanie wywołało u mnie strach dominujący wszelkie, pozostałe lęki. Jedno zdanie…

            GERARD WAY LUBI TO. 

1 komentarz:

  1. zajechało normalnie takim klimatem, jakby to Trynkiewicz zrobił XD Nie wiem dlaczego,ale od zawsze śmieszy mnie mieszanie fb i innych portali społecznościowych do opowiadań... Jakieś to średnie XD A może po prostu jedynie nie w moim stylu? Rozdział nie wydawał się zły, ale większość tekstu przelatywałam i jakoś nie czułam, jakbym pominęła wiele istotnych informacji,a to niezbyt fajnie.

    OdpowiedzUsuń